henryk-bardijewski

opowiadania

Jedni mówili, że urodziny, inni że imieniny, a byli i tacy, co mówili, że jedno i drugie, nikt nie miał pewności, na co przyszedł. Zebrało się już ponad sto osób w domu i w ogrodzie, a to podobno nie wszyscy, część jeszcze stała w korkach. Każdy miał prawo przyprowadzić jedną osobę, tylko ja poprosiłem o prawo do dwóch, chociaż w końcu przyszedłem sam, nie warto mówić dlaczego, może potem powiem.

Przez pierwszą godzinę goście stali, każdy z kieliszkiem w dłoni, i obserwowali siebie nawzajem. Na razie nie zwracano uwagi na suto zastawione stoły, każdy mówił coś o odchudzaniu, bardziej wzrok przyciągała trzyosobowa orkiestra, zajęta zresztą jedzeniem. Z salonu przechodzono do patio, stamtąd do drugiego salonu, a dalej do ogrodu, skąd ponownie wchodziło się do salonu pierwszego. Wszędzie było pełno kwiatów, przeważały róże i tulipany, dużo też widziało się frezji, natomiast goździka ani jednego, bo goździki właśnie wyszły z mody. Rozmowy nawiązywano z trudem, bo nikt nikogo nie znał.

Przez pierwszy kwadrans usiłowałem spotkać gospodarzy, potem zrezygnowałem i jak wszyscy zająłem się obserwowaniem gości. Wiele osób miało znajome twarze, ale tylko z daleka – z bliska okazywali się kim innym, a właściwie zupełnie nikim. Na mnie nikt nie zwracał uwagi, co mnie na początku bawiło, a potem zaczęło drażnić. Podobnie rozdrażnionych osób zauważyłem więcej. Kiedy rozdrażnienie stało się powszechne, podano kaszę gryczaną i gulasz. Wnieśli je ubrani na biało kelnerzy, bardzo profesjonalni, o wiele bardziej niż goście, spośród których wielu sprawiało wrażenie zagubionych. Dwukrotnie próbowałem z kimś nawiązać rozmowę, niestety, bez rezultatu, dopiero za trzecim razem rzecz została uwieńczona powodzeniem.

Mój rozmówca, otyły jegomość z kokiem na posiwiałej głowie i z kolczykiem w uchu, skierował rozmowę na wyścigi konne, w czym nie byłem mocny, ale jakoś sobie radziłem. Twierdził, że gospodarz solenizant ma stajnię i dwa konie, ja zaś twierdziłem, że nie ma żadnego.

- Znam te konie – zaperzył się otyły.

- A ja znam gospodarza – upierałem się przy swoim.

Skupiło się wokół nas wiele osób, bowiem byliśmy niemal jedynymi gośćmi, którzy ze sobą rozmawiali, co budziło zrozumiałe zainteresowanie. Kiedy końska tematyka się wyczerpała, przeszliśmy na psy. O psach nie mam nic dobrego do powiedzenia, odnoszę się do nich z dużą rezerwą, więc niewiele mówiłem, co natychmiast wykorzystał otyły z kokiem, zagadując mnie niemiłosiernie przy cichej aprobacie zebranych. Z wielkim trudem udało mi się skierować rozmowę na koty.

Staliśmy w ogrodzie, a właściwie w ogródku, bo było tam trochę trawy i trzy krzaki, kiedy w patio zaczęła grać orkiestra i zagłuszyła mój monolog, w którym przedstawiałem koty jako istoty magiczne, metaforę zwierzęcia, wcielenie tajemnicy życia, a może i losu. Wszystko to zostało zagłuszone przez elektryczną gitarę i takież skrzypce, zresztą może i lepiej, bo i tak nie zostałoby zrozumiane, bowiem otyły miał tyle sympatii dla kotów, co ja dla psów. Później dowiedziałem się, że mój rozmówca był artystą, nikt jednak nie potrafił mi powiedzieć, w jakiej dziedzinie sztuki się wybił.

Na skrawku nieba nad ogrodem pojawiły się gwiazdy i podano bigos. Dotarli nowi goście, przybyły nowe kwiaty i nowe butelki, lecz gospodarzy wciąż nie udało mi się spotkać. Dwa razy podchodzono do mnie z życzeniami, sądząc że jestem solenizantem. Raz nawet wywiązała się z tego rozmowa.

- Jest pan bratem gospodarza – oznajmiła mi mocno opalona czterdziestolatka. Na milę czuć ją było feminizmem, ale udałem, że tego nie widzę.

- Nie, proszę pani, nie jestem – odparłem. – A pani zapewne nie jest jego siostrą.

I tu nie wcelowałem, bo właśnie była siostrą, co prawda nie gospodarza, lecz jego pierwszej żony, w każdym razie był to ktoś z rodziny. Ale jak się dowiedziałem z dalszej rozmowy, rodziny jako takiej nie ceniła. Rodzina według niej atomizuje społeczeństwo, tworzy jednostronny typ więzi, niszcząc wszelkie inne, ciekawsze, a do tego sama przeżywa kryzys, z którego może się już nie podnieść. Kiedy jako wzór udanej rodziny podałem parę gospodarzy, usłyszałem o kilku szczegółach z ich życia, które nie powinny były wyjść poza najbliższą rodzinę. Potem siostra zaprosiła mnie do tańca.

Trzyosobowa orkiestra grała właśnie bolero, lecz nikomu to w tańcu nie przeszkadzało – ruszały się trzy pary, podrygiwało też parę osób pojedynczych, każda na swój sposób, zapewne na pokaz, chociaż lepiej byłoby tego nie pokazywać. Ja tańczyć nie umiem, co dla wielu osób nie jest żadną przeszkodą, by wychodzić na parkiet, mnie jednak krępuje. Siostra nie nalegała, czuło się, że woli tańczyć z kobietą niż z kimś takim jak ja, mało rozmownym i mało ruchliwym.

- Gra pan w karty? – spytała.

- Nie.

- To co można z panem robić?

No właśnie, co? Warto chodzić na podobne przyjęcia, żeby usłyszeć takie pytanie – w gruncie rzeczy filozoficzne, chociaż siostrze nie filozofia była w głowie. W odpowiedzi wykonałem gest, który według mnie wiele mówił, lecz jej nie powiedział nic. Zanim wykonałem gest następny, jeszcze bardziej wieloznaczny, odwróciła się i odeszła. Tak w życiu odchodzą, dzięki Bogu, szanse.

Tymczasem w pierwszym salonie doszło do scysji, a jej przebieg dowodził, że przynajmniej niektórzy goście nie byli sobie obcy, owszem, znali się, i to z najgorszej strony. Kłóciło się dwóch historyków idei – teraz ich bardzo dużo, odkąd idee przeszły do historii – a poszło im, zdaje się, o pieniądze. Sumy, jakie wymieniali, wszystkich wprawiły w osłupienie, przerzucali się miliardami jakby to były setki, zresztą setka to też nie jest tak mało. Jeden wołał o kryzysie, drugi o depresji, nie znajdowali wspólnego języka, a mimo to się kłócili. Niestety, nic z tego nie wynikło dla zebranych gości, nie mówiąc o kraju. Odniosłem jednak wrażenie, że lepiej przez słuchaczy zostało przyjęte słowo depresja, bowiem kryzys odbierany już jest jako słowo zbyt słabe. Tak, depresja to słowo z przyszłością.

Kiedy spór ucichł, znów powróciło nieprzyjemne wrażenie, że nikt nikomu nie ma nic do powiedzenia. Czyżby wszyscy wiedzieli to samo – i mieli tego świadomość? Ale przecież to była, na swój sposób i swoją skalę, elita! Może tego wieczora wyjątkowo niefortunnie dobrana, a może tylko nie w formie. Tak czy owak, gospodarz z pewnością nie był tu bez winy. Takie było moje przekonanie i to wisiało w powietrzu. Coraz więcej osób ze zniecierpliwieniem wypatrywało gospodarza.

Tymczasem podano lody, a potem zaraz, właściwie równocześnie, herbatę i kawę. Nie podobała się ta równoczesność i wiele osób dla zadokumentowania swojej rezerwy pozostało przy alkoholach, a nawet zwiększyło ich spożycie. Na miejscu gospodarza już bym się ujawnił i wziąłbym ten wieczór w swoje ręce, nadając przyjęciu wyraźniejszy kształt, nie mówiąc o atmosferze, której w ogóle nie było.

- Kiedy podadzą gospodarza? – spytał ktoś dowcipnie i pytanie to wszystkim bardzo się spodobało.

- Gdyby był basen, to można by wskoczyć – rzekła starsza pani w ciasnej kraciastej sukni. Wypiła trochę za dużo, bo zaczęła opowiadać, co zobaczyła w telewizji. Kilka osób orzekło, że czas wracać do domu. Ale nie ma się z kim pożegnać, narzekał po cichu brodacz w ciemnym garniturze, osoba podobno duchowna. Ktoś chwiejny podszedł do orkiestry i daremnie domagał się skrzypiec, na których chciał zagrać coś własnego. Potem stłukł szklankę i mówił coś o szczęściu.

Kiedy, kursując między salonami, po raz kolejny przechodziłem przez patio, ujął mnie pod ramię niepozornie wyglądający blondyn, którego dotąd nie widziałem. Zamiast krawata miał zawiązaną tasiemkę, a na nosie pozłacane, a może złote okulary.

- Dobrze pan się bawi? – zapytał.

- Wcale się nie bawię – odparłem i odsunąłem rękę.

- Naprawdę? – uśmiechnął się blondyn. – Nie wierzę.

- A pan się bawi? – zapytałem.

- Ja to co innego – odparł. – Ja jestem gospodarzem.

- Pan?! – zawołałem. – Niemożliwe…

A jednak to był gospodarz. Nikt go nie znał, on też nie zna nikogo, równie dobrze i ja mógłbym być gospodarzem. Potem pojawiła się gospodyni – ta, jak było do przewidzenia, znała gospodarza, ale nie rozmawiali ze sobą, co się małżeństwom przytrafia dość często. Oboje obeszli dom dookoła, witając się z zaskoczonymi gośćmi, z których wielu już nie rozpoznawało nikogo.

- To nie może być gospodarz – szeptano. – Ani jego żona.

Gość z kokiem na głowie i z  kolczykiem w uchu powiedział wprost:

- Znam gospodarza. To nie on.

Większość nie miała zdania. Witano się zdawkowo i żegnano zdawkowo, bo wiele osób na wszelki wypadek wychodziło. Tymczasem atmosfera gęstniała. Ustały tańce, ustały rozmowy, zapadło głuche milczenie, przerwane jedynie szczękiem talerzy i brzękiem kieliszków. Bo jeść i pić nie przestawano. Kiedy już atmosfera stała się nie do wytrzymania, gość z kolczykiem w uchu wystąpił z propozycją, żeby gospodarza wybrać w drodze wolnych i tajnych wyborów. Część gości uznała projekt za sensowny, część, że człowiek się upił, bo wolne wybory to fikcja. Blondyn, rzekomy gospodarz, poprosił gościa z kolczykiem do kuchni, a kiedy wrócili, gość trochę krwawił.

Przestało być nudno, ale zrobiło się nieprzyjemnie. Miałem wyjść i szkoda, że nie wyszedłem, bo nagle ktoś wysunął moją kandydaturę na stanowisko gospodarza. Co wy z tą demokracją, była moja pierwsza reakcja, ale nie chciano mnie słuchać, chociaż jako kandydat miałem chyba prawo do publicznego wystąpienia. Ostatecznie jakoś dorwałem się do głosu.

- Sam nie wystąpię – zawołałem – niech będzie jeszcze jakiś kandydat! Ludzie powinni mieć wybór!

Przyznano mi rację i zgłoszono jeszcze dwie kandydatury, po czym zaczęły się wybory do komisji skrutacyjnej. Blondyn, rzekomy gospodarz, przez cały czas śmiał się gorzko i robił kąśliwe uwagi.

- Cały świat zmierza do dyktatury – powiedział – a wam plugawcom (tu użył plugawego języka, będącego obecnie powszechnie stosowanym narzeczem wielomilionowej mniejszości) śni się jakaś demokracja! To są przestarzałe mrzonki!

Te słowa, muszę przyznać, zastanowiły mnie i po krótkim namyśle wysunąłem dodatkowo jego, blondyna, kandydaturę. Poparła mnie jego żona i jeszcze parę osób, a kiedy doszło do głosowania, okazało się, że blondyn wygrał. Z miejsca opiliśmy jego zwycięstwo.

Dalszego ciągu urodzin u państwa B. niestety nie pamiętam.

 

 

 

opowiadanie z tomu „Dzikie anioły”, PIW 2006

Przelot

Brak komentarzy

Wystartowali ostrym łukiem, ziemia natychmiast uciekła i ukryła się pod chmurami. Rozgniewane nagłym wysiłkiem silniki uspokajały się bardzo wolno i dopiero w słońcu ich ryk przeszedł w spokojne mruczando. Połowa miejsc w samolocie była wolna. Podano napoje.

Niczego nie zostawiamy na ziemi, pomyślał rozczarowany, wszystko zabieramy ze sobą. Żeby chociaż jeden kłopot został…Wszystkie lecą. Rozejrzał się. Pasażerowie siedzieli osobno, rozproszeni po całym samolocie, wolnych foteli było więcej niż zajętych. Boczne słońce raziło w oczy. Szeleściły przerzucane nieuważnie gazety. Pomyślał o pociągu, którym niedawno jechał, o sympatycznych ludziach w przedziale. Miły, przyziemny pojazd. Komplet podróżnych przez cały czas, od pierwszej do ostatniej stacji, nie to co tutaj. I ten przelatujący kraj za oknem. Właśnie przelatujący. A tu, zdawałoby się, wszystko stoi w miejscu.

Zapadł na moment w siebie. Sen błyskawiczny, chwilowe zerwanie kontaktu ze światem, i szybki, zazwyczaj przyjemny powrót do rzeczywistości. Czy to był tylko moment? Kiedy się ocknął, spostrzegł, że obok siedzi śniady mężczyzna z zamkniętymi oczyma. Fotel z przodu, dotąd wolny, też był teraz zajęty. Po co ludzie się przesiadają, pomyślał. Drobne stewardessy zaczęły roznosić tace z jedzeniem. Zanim zdołał rozpoznać, co przyniesiono, jego śniady sąsiad zjadł wszystko, co było do zjedzenia i znów przymknął oczy. Jak bardzo ludzie różnią się sposobem jedzenia, pomyślał. Zaczął przełykać pożywienie, wpierw żując je bardzo długo, tak bowiem zalecił mu lekarz. Na fotelu obok szybkojedzącego sąsiada rozpierał się ktoś, kogo dotąd nie było i dawał znaki stewardessie, że nie dostał swojej tacy.

Wyjrzał przez okrągłe okno i zobaczył samolot. Leciał niżej i jakby szybciej, minął ich w dużej odległości. Kiedy odwrócił się, ze zdziwieniem zauważył, że znów przybyło pasażerów. Kilku białych, czarnych, ale najwięcej śniadych i skośnookich. Wszyscy domagali się picia i jedzenia, stewardessy biegały tam i z powrotem, dwukrotnie wyglądał ze swojej kabiny kapitan. Dlaczego wszyscy przesiadają się do tej części maszyny, pomyślał. Potem wstał i poszedł w stronę ogona do toalety. W samolocie nie było ani jednego miejsca wolnego. Kiedy wrócił, jego fotel był zajęty przez kogoś, kto czytał gazetę. Na zwróconą sobie uwagę nie odpowiedział. Zaraz też dostał tacę z jedzeniem i zaczął jeść.

Chcąc nie chcąc stał w przejściu, potrącany co chwilę przez biegające stewardessy. Po chwili zauważył, że nie stoi sam. Za nim pojawiło się kilku innych stojących pasażerów, a po kwadransie miejsc stojących też już nie było. Lecieli właśnie nad Oceanem Indyjskim, co z zadowoleniem obwieścił kapitan, po czym dodał, że zboczą trochę z trasy, aby nie spotkać się czołowo z tajfunem. To znaczy, pomyślał u zlgą, że już minęliśmy tereny najgęściej zaludnione. Mimo to pasażerów wciąż przybywało. Stali jeden przy drugim już nie tylko w przejściu, lecz także w przedziale przeznaczonym dla załogi, a nawet w kabinie pilotów. W wielu fotelach siedziały po dwie osoby.  Mało kto rozmawiał, właściwie nikt nic nie mówił. Maszyna warczała ponuro, raz po raz zapadała się w jakąś powietrzną dziurę. Wyboiste zrobiło się niebo, nawet słońce zdawało się podskakiwać w różowej, głębokiej przestrzeni.

- Czy to jest normalne? – zapytał stewardessy.

- Co, proszę pana? Że zabrakło nam kawy?

I zniknęła w tłumie.

Zabrakło im kawy, pomyślał oburzony. Jeszcze i to. Jak to trzeba uważać, jaką linią się leci.

- Słyszał pan coś podobnego? Zabrakło im kawy! – rzekł do śniadego sąsiada.

Żadnej odpowiedzi. Mógł równie dobrze powiedzieć o braku powietrza pod skrzydłami. Po chwili okazało się, że zabrakło także pieczywa i w ogóle wszelkiego jedzenia, a z napojów została jedynie woda mineralna. Pasażerowie siedzieli i stali bez ruchu, podróżowali w milczeniu, lecz nikt nie okazywał zniecierpliwienia. Samolot zaczął schodzić na niższy pułap. Ciekawe, czy załoga wie o tym, pomyślał. A jeżeli wie, to czy chciała, żebyśmy schodzili? Po co schodzić nad oceanem? Dobrze byłoby porozmawiać z kapitanem, ale on może być teraz bardzo zajęty. Nie chciałbym być w jego skórze, stwierdził. Zresztą w mojej własnej też jest nie za dobrze. Ze współczuciem popatrzył na pasażerów. Przestało ich przybywać, a nawet zrobiło się jakby trochę luźniej.

Niespodziewanie odezwał się kapitan. Spokojnie i jakby nigdy nic oznajmił, że za dwadzieścia minut samolot będzie lądował. Wiadomość ta nikogo nie zaskoczyła, ludzie najwidoczniej byli na to przygotowani, a niektórzy zaczęli się nawet przemieszczać. Ubyło stojących pasażerów, tu i ówdzie pojawiły się puste fotele. Po chwili zauważył, że wszyscy siedzą tylko on stoi, i to niepotrzebnie, bo jego fotel jest wolny. Czym prędzej usiadł, zapiął pasy i wyjrzał przez okno. Zamiast spodziewanej wody zobaczył chmury.

- Niepogoda – powiedział i spostrzegł, że jego śniady sąsiad gdzieś się ulotnił.

Poczuł nieprzyjemny ucisk w uszach. Samolot wszedł w chmury i zaczął lekko dygotać. Chyba naprawdę już niedługo będziemy lądować, pomyślał z ulgą. Uniósł się i rozejrzał. Było prawie pusto, nieliczni pasażerowie składali gazety i chowali okulary. Stewardessy pomagały zapiąć pasy. Uśmiechały się do każdego, odprężone, z odnowionym makijażem. Było ich dokładnie tyle, co na początku lotu. Nagle chmury zniknęły i zobaczył zieloną ziemię. Domy, mnóstwo domów, ogromne pole domów. Jak dużo jest ludzi na świecie, pomyślał. Wszędzie ich pełno. Co za banał, zawstydził się zaraz. Dlaczego nie przychodzi mi do głowy nic mądrzejszego? Ale też samolot nie jest od tego, żeby w nim myśleć, pocieszył się. A swoją drogą następnym razem wybiorę chyba statek.

 

Opowiadanie z tomu „Spis rzeczy i inne opowiadania”, Wydawnictwo Prószyński, Warszawa 2001

Na tych drzwiach nie było żadnego napisu. Nie było przy nich dzwonka ani nawet wycieraczki. Czy tu mieści się szkoła tańca? Zapukałem. Nikt nie odpowiedział. Czy mistrz jest głuchy? A może śpi? Ale byłem przecież umówiony.

Po dobrej chwili usłyszałem człapanie i zdejmowanie łańcucha. Zobaczyłem nauczyciela tańca, a on zobaczył mnie. Obaj nie kryliśmy rozczarowania, lecz moje było większe. Mistrz wyglądał jakby urodził się z laską i nigdy się z nią nie rozstawał, nawet w chwili dźwigania primabaleriny. Twarz w strugach zmarszczek, czaszka bez jednego włosa, tylko oczy roztańczone, a właściwie skaczące. Nie wiem, czy dobrze trafiłem.

Pokój, do którego mnie wprowadził, był goły jak jego głowa – jedyną ozdobę stanowiły okna i widok na sąsiedni, niebrzydki dom. Wisiało jeszcze lustro, wielkie i zakurzone, i stał fotel, w którym mistrz zapewne drzemał. Poza mną nie było ani jednego ucznia ani adepta, a pokryty kurzem parkiet nie nosił śladów żadnych stóp.

- Nie jesteś pan najmłodszy, łaskawco, Nuriejewem już nie będziesz – rzekł mistrz, skacząc po mnie oczami. – Ale nic, nie takich już wprowadzałem na sceny.

- Ja bym chciał nauczyć się tanga – wyszeptałem.

Machnął tylko ręką, a właściwie laską. Słyszał jedynie to, co chciał słyszeć. Zasiadł w fotelu, a mnie kazał zdjąć marynarkę.

- A buty? – spytałem.

Nie dosłyszał, polecił stanąć w rozkroku i podnieść ręce nad głowę.

- A partnerka? – rzekłem głośniej.

- Po co partnerka? Żeby rozpraszała w tańcu? Partnerki tylko dla zawodowców. Kobieta, łaskawco, szalenie człowieka rozprasza.

W oknie sąsiedniego domu pojawiła się jakaś głowa, chyba kobieca, i nie zniknęła już do końca lekcji. Mistrz przypomniał sobie o muzyce. Poczłapał w róg pokoju, do niskiego mebla, którego dotąd nie zauważyłem, i wydobył maleńkie radio. Długo szukał muzyki – wszędzie trwały rozmowy ze słuchaczami – wreszcie trafił na jakiś marsz. Nigdy nie tańczyłem marsza, ale dla mistrza nie było to nic nowego. Rozsiadł się wygodniej i rozpoczął monolog, którego musiałem słuchać z rękami nad głową.

- Marsz, łaskawco, to nic innego jak chód, tyle że chód znormalizowany, ujęty w ramy przestrzenne i czasowe, chód celowy. Na swój dyletancki i amatorski sposób człowiek przez całe życie maszeruje, a koniec marszu to koniec życia. Ja już, łaskawco, maszeruję coraz rzadziej, ale ty jeszcze pochodzisz, pochodzisz… I potańczysz. Nie tańczyłeś jeszcze marsza? A w ogóle kiedy ty ostatni raz sam tańczyłeś? Nigdy? To niemożliwe. Przypomnij sobie. Nie tańczyłeś nigdy z radości? Nie było aż tak wesoło? Nie przerywaj mi, bo stracę wątek. A jak stracę, to będziesz musiał tańczyć w takt samej muzyki, a ja chcę żebyś tańczył także w takt słowa. Ale do tego trzeba mieć słuch. Słuch i posłuch. Nauczyciel musi go mieć – i uczeń. Nawet widz, ale widz nam niepotrzebny. Nie tańczymy dla widza.

- A teraz pooddychamy. Wiem, że bez przerwy oddychasz – ale jak ty to robisz? Odchyl głowę do tyłu i wypełnij płuca powietrzem. Trzymaj. Wypuść ustami, tak żeby nic nie zostało. I jeszcz raz. A teraz nabierz powietrza do brzucha. I wypuść ustami. Usiądź na podłodze i podciągnij kolana pod brodę.

Wykonałem polecenie i usiadłem na twardej i zimnej podłodze. Marsz tymczasem się skończył i zaczęto odczytywać prognozę pogody dla rybaków. Gdyby ryby wiedziały ile akwenów jest zamkniętych dla żeglugi, pomyślałem, pływałyby o wiele spokojniej. Mistrz spoglądał na mnie spod przymkniętych powiek, intensywnie myślał o czymś, chyba nie o pogodzie dla rybaków, oczywiście nie – okazało się, że myślał o ciele.

- Co sądzisz o ciele, łaskawco? Ono może się człowiekowi znudzić, nieprawda? Tułów, głowa, dwie ręce, dwie nogi – i łączące je stawy, które nie pozwalają na zbyt wiele. Urządzenie do dźwigania mózgu i duszy. Bardzo w zasadzie niepraktyczne. Podobno może wykonać półtora miliona różnych ruchów – ale ilu milionów wykonać nie potrafi? Pływa jako tako, lecz o fruwaniu nie ma mowy. A fruwanie jest takie ważne.

Zdrętwiały mi pośladki, chłód ciągnął od podłogi i wnikał w kości, a on mówi takie rzeczy. Wiadomo, że latanie jest ważne. W przeciwnym razie nie byłoby samolotów. Miał jeszcze sporo innych rzeczy do powiedzenia.

- Nie ma nas poza ciałem i to jest okropne. Ono ma na człowieka monopol. No i ta straszna właściwość, że żyje się od początku do końca bez żadnej przerwy! Życie powinno mieć antrakty. A tymczasem jedyne, co nam dane, to trochę ruchu. Marsz, gimnastyka, taniec, sport, walka. Jeszcze ten ruch utajony, uprawiany, rzekłoby się, pokątnie – miłość. Masz kobietę?

Zaskoczył mnie tym pytaniem.

- Czy mam? Nie ujmowałbym tego w taki sposób. Mamy siebie nawzajem. Od czasu do czasu. Ostatnio coraz rzadziej. A – pan?

- Co ja? Mnie kobiety potrzebne były jedynie do tańca. Do niczego więcej. Chociaż w zasadzie zawsze wolałem tańczyć z mężczyznami, a najchętniej sam. Sam, czyli ze światem. Bo każdy najdrobniejszy nawet ruch, jest ruchem wobec świata. Wobec tego, co nieruchome. Oczywiście, nieruchome pozornie, bo nic nie jest nieruchome. Nic, rozumiesz? Cały świat jest w tańcu. Wszechświat tańczy. Nawet Bóg tańczy. O ile istnieje, ale chyba istnieje, tyle że jest to Coś zupełnie innego niż sobie wyobrażamy. I właśnie raczej Coś niż Ktoś. Tak to wygląda, łaskawco. Na lekcję tańca musiałeś przyjść, żeby się o tym dowiedzieć. W żadnym kościele ci o tym nie powiedzą, zresztą tam oni wiedzą o tych sprawach najmniej. Staniemy w rozkroku, ręce na biodrach. Za duży rozkrok, mniejszy. Teraz wolno przenieś ciężar ciała na prawą nogę, lewą oderwij i podnieś. Tak trzymaj. A teraz uważaj: oderwiesz również prawą nogę.

- To niemożliwe! – zawołałem.

- No to co, że niemożliwe? Rzeczy możliwe zostawmy małym ludziom, a ty masz być wielki. Przynajmniej w tańcu.

Mówiąc to patrzył na mnie tymi swoimi skaczącymi oczami, głównie na moje nogi, które nagle stały się lekkie i sprężyste, podobnie jak ręce i cała reszta, poza głową, która pozostawała ciężka i wątpiąca, ale głowa przestała się liczyć. Nie myśląc wiele oderwałem prawą nogę i zawisłem na podłogą, niebardzo zresztą wysoko, na pół stopy najwyżej. Dopiero po dłuższej chwili, kiedy mistrz przymknął oczy, opadłem wolno i przyjąłem postawę wyjściową.

- No widzisz – rzekł wyraźnie kontent – nie trzeba się zarzekać. Teraz staniesz na rękach.

- Nie stanę.

- Staniesz. Ja ci mówię, że staniesz. I zatańczysz. Utarło się, że do tańca służą przede wszystkim nogi, ale to jest podejście jednostronne. Stawaj na rękach. O widzisz. Dobrze. Teraz wyprostuj dłonie – tak żebyś stał na palcach. Na wszystkich dziesięciu, nie zginaj żadnego. Nie trzeba przesadzać. Dobrze. Tak postój.

To było niesamowite. Stałem na palcach rąk, a moje nogi wolno krzyżowały się w powietrzu. Od biedy można by to nazwać tańcem, tym bardziej że mistrz znów złapał muzykę, chyba jakiś chorał. Zamiast krwi przypłynęły mi do głowy przyjemne myśli o szczęściu, o radości, jaką daje panowanie ducha nad ciałem i w ogóle materią. Ależ ono mnie słucha, myślałem w uniesieniu, mimo że głowę miałem w dole. Gdybyż tak jeszcze zapanować nad słabością, bólem, chorobą… Nad starzeniem się. Nad śmiercią.

- Mistrzu – zawołałem – ja chyba nigdy nie umrę!

- Dopóki tak będziesz stał, na pewno nie. Ale wiecznie tak stać nie możesz. Musimy przećwiczyć inne figury, a jest ich tysiące. Stań na nogi.

Stanąłem i przyjrzałem się rękom. Nigdy nie sądziłem, że będą do tego zdolne. Dziękowałem każdemu palcowi z osobna. Gdzie ja właściwie jestem? Czy nie na szczycie wysokiej góry, skąd patrzę na leżący przede mną plackiem świat? Zamknąłem i otworzyłem oczy. Jednak to był wciąż ten sam pusty i zakurzony pokój zapomnianej szkoły tańca. Mistrz uśmiechał się tajemniczo.

- Z czasem nauczę cię tańczyć na linie.

Wiedziałem już, że dotrzyma słowa. Pomyśleć, że wstąpiłem tu, aby nauczyć się tanga. Tanga i kilku modniejszych tańców, dzięki czemu mógłbym pewniej czuć się w towarzystwie. Ale to było przed godziną. Teraz owo towarzystwo przestało mnie interesować. Wyrosłem, czułem to, ponad nie tak wysoko, że trudno byłoby znaleźć człowieka, który by mi dorównał.

- Mistrzu – rzekłem – czy mistrz miał kiedyś zdolniejszego ucznia?

Ale zaraz pożałowałem tego pytania. Mistrz spojrzał na mnie z góry, a potem zaczął się śmiać bezgłośnie, śmiać i złościć jednocześnie.

- Kto ci powiedział, że jesteś zdolny? – rzucił wreszcie. – Czy ja powiedziałem, że masz chociaż odrobinę talentu? Że musnęła cię muza tańca Terpsychora? Ty, łaskawco, masz tylko utalentowanego nauczyciela, to wszystko. Dużo, ale nie za dużo.

- Z panem, mistrzu – zawołałem z przekonaniem – zdobętę szczyty i zadziwię świat! Ja już – na pierwszej lekcji – przeszedłem samego siebie!

- Przejść kogoś takiego jak ty – uśmiechnął się – to nie jest trudne. Spróbuj przejść mnie.

Spojrzałem na niego z pobłażaniem. Nie chodziłem jak on o lasce, nie miałem twarzy w zmarszczkach, ani czaszki bez jednego włosa. Kiedyś zapewne był wielkim tancerzem, ale teraz? Jego miejsce było już tylko w fotelu.

Nie powiedziałem tego, ale on usłyszał. Podniósł się z zadziwiającą lekkością i odrzucił laskę. Jaki wysoki! Dotąd przygarbiony, prostował się długo i z chrzęstem, prostował się i prostował, aż wreszcie stanął tak prosty i wysoki, że wszystko przy nim wydało się krzywe i małe. Jeszcze stał a zdawało się, że już tańczy, milczał a zdawało się, że mówi, zamknął oczy a zdawało się, że patrzy. Radio ryknęło chociaż go nie dotknął, szła w eter jakaś suita na dużą orkiestrę, potem dołączyły chóry. Mistrz odrzucił płaszcz, którym był owinięty, i wtedy zobaczyłem, że miał na sobie cielisty trykot. Gestem nakazał mi, bym stanął pod ścianą. I zaczął.

- Życie moje… Długo, trzeba ci wiedzieć, tonąłem w tłumie tancerzy. Czasem pozwolono mi dźwignąć jakąś primabalerinę, i to było wszystko. Nikt, ani baletmistrz, ani dyrygent, ani tancerze, ani publiczność nie wyczuwali, kogo mają przed sobą. I ta choreografia, te, pożal się Boże, układy… Jakież małe wymagania od nas artystów! Od naszych ciał. Jaki brak idei. Więcej w tym było statyki niż dynamiki, więcej opadania niż wzlotów, więcej smutku niż radości. I ta niewiedza – czy taniec ma wyrażać życie ciała, czy życie ducha…I nieświadomość, że do pewnych stanów, doznań, przeżyć można zbliżyć się tylko tańcem – tylko dotańczyć!

Mówiąc to stawał raz na jednej nodze, raz na drugiej i wolno robił piruety, ale była to tylko rozgrzewka. Potem na powrót chwycił płaszcz i owinął się nim szczelnie. I mówił coś, co nie dochodziło do moich uszu, bo głuszyła muzyka, lecz dochodziło do myśli.

- Ach ciało, ciało – czy musi być tak rzeczywiste? Tańcząc najchętniej ukrywałem je w materiach, w draperiach, w fałdach, w zwojach, habitach, kapturach i opończach! Ciało było tylko kręgosłupem ubrania. Było w domyśle, w przebłyskach, w prześwitach – nie w swojej dosłownej nagości. Precz z naturą! Natura to niziny, natura to depresje, a duchowi trzeba wyżyn! I trzeba wysiłku. Nie oszczędzałem się, bo tańczyć trzeba ofiarnie, tańczyć do upadłego, jeżeli naprawdę chcemy oderwać się od ziemi!

Zaczął zataczać koła, najpierw małe, potem coraz większe, wpierw drobiąc stopami, potem w skokach, w podskokach, w wyskokach pod sufit, który zdawał mu się niebem, skąd opadał wolno, jak na niewidzialnym spadochronie. I mówił, wciąż mówił – a może tylko mówił? Słuchałem i patrzyłem, i pomieszały mi się ruch i gesty ze słowami, nie wiedziałem co widzę a co słyszę, nie byłem nawet pewny, czy to nie ja sam tak tańczę… A on tymczasem padł na ziemię i ogarnął ją ramionami.

- Cwiczymy, ćwiczymy… Kładziemy się na ziemi tak, aby zagarnąć jak najwięcej przestrzeni. Tak, dobrze, szeroko, jak najszerzej… Wielki jestem, ogromny, przykrywam sobą całą ziemię, spowijam ją swoim cieniem, nie widać jej spode mnie, całą zagarniam. Oto ciało, wszechciało! A teraz, uwaga, teraz kurczymy się, kurczymy, kurczymy, tak żeby nic sobą nie zasłaniać, nie okrywać, nie przygniatać. Prawie mnie nie ma, nie ma, nie ma – jest tylko ziemia. Dobrze. Już.

Nagła cisza uderzyła mnie podmuchem strachu. Muzyka znikła, radio umilkło, nawet głowa za oknem gdzieś odeszła. Mistrz leżał na podłodze nieruchomo, ręce i nogi miał rozrzucone w geście zgoła nietanecznym. Zbliżyłem się na palcach, okryłem go płaszczem i sięgnąłem do powiek, by zamknąć nieobecne oczy.

- Ja żyję – rzekł cichym głosem. – To nie był ostatni taniec. Przedostatni. Ostatni jest jeszcze piękniejszy. Przychodź codziennie. Nauczę cię wszystkiego.

Podałem mu laskę. Z trudem powlókł się na fotel. Lekcja była skończona.

- Przyjdziesz jutro?

- Przyjdę.

Powered by WordPress Web Design by SRS Solutions © 2017 henryk-bardijewski Design by SRS Solutions