henryk-bardijewski

opowiadania

Wpisy, których autorem jest HB

Zapraszam do wysłuchania mojego nowego słuchowiska „Sen nocy jesiennej”, w niedzielę 15 marca o godz. 17.13 w Programie Pierwszym Polskiego Radia. Reżyseria:Janusz Kukuła. W obsadzie m.in.: Elżbieta Kępińska, Maria Pakulnis, Krzysztof Gosztyła i Henryk Talar.

Zapraszam do radiowej Jedynki w sobotę 1 lutego o godz. 17 do wysłuchania mojego nowego słuchowiska „Sezon atrakcji”. To komedia o wątłej granicy między młodością i starością – rzecz wesoła, ale jednak trochę smutna:)

PATRZĄC W LUSTRO

- Nie ma niezależnych luster, wszystkie są stronnicze – powiedział sprzedawca w sklepie z antykami.
Odparłem, że chyba przesadza.
- Przesadzam? Lustro to nie jest zwyczajny mebel, taki jak fotel, komoda, czy biurko. Lustro to przedmiot, proszę pana, żywy i żyjący. Dobrze trzeba się zastanowić przed wprowadzeniem do mieszkania nowego lustra. Nigdy nie wiadomo, czy ono człowieka zaakceptuje. Już ćwierć wieku sprzedaję lustra i wiem o nich dużo, lecz daleko mi jeszcze do pełnej wiedzy. Wciąż dowiaduję się nowych rzeczy. A pan, obawiam się, nie wie nic. Nic poza tym, że chce pan mieć lustro. Do czego panu lustro?
Nie lubię takich krótkich i prostych pytań, bo zazwyczaj wymagają długich odpowiedzi. Po co lustro? Może po to, żeby patrzyło na pokój. I na mnie, kiedy będę w pobliżu. Powiedzieć mu to? Powiedziałem.
- Pan mieszka sam, prawda? – odparł natychmiast. – Ja to widzę. Samotność zawsze ciągnie do luster. Moi najlepsi klienci to ludzie samotni. Tacy jak pan. Ale muszę pana ostrzec: to złudzenie, że człowiek z lustrem jest mniej samotny. Natomiast lustro jako takie nigdy nie jest samotne. Ma w sobie wizerunki wszystkich ludzi, którzy kiedykolwiek przed nim stanęli. Wizerunki ludzi i przedmiotów. Ma je w swojej pamięci. Pan też, chcąc nie chcąc, zapadnie w pamięć lustra. Ona jest, nawiasem mówiąc, o wiele trwalsza niż pamięć ludzka. Co pan powie na to kryształowe, owalne?
- Pewnie jest bardzo drogie.
- A pewnie. Kto tyle widział co ono, powinien się cenić. Ale panu oddam je za pół ceny.
- Dlaczego?
- Ma trudny charakter. Przede wszystkim nie lubi ludzi starych. Starzy źle w nim wyglądają. Niech się pan przejrzy. Proszę, to nic nie kosztuje.
Obrócił lustro do okna. Stanąłem na przeciw i zobaczyłem siwego, przygarbionego człowieka o twarzy pełnej zmarszczek. Na twarzy poza zmarszczkami miał pełno plam i żyłek.
- Kto to? – zawołałem.
- Pan. Za jakieś cztery lata. Ono czasem trochę antycypuje, czyli wybiega w przyszłość.
- Wie pan – powiedziałem – ja wolałbym takie, które się trochę spóźnia. Choćby i o cztery lata. Ma pan coś takiego?
- O pięć. Ale ono jest znacznie droższe. To jest lustro, szanowny panie, jeśli tak można powiedzieć, intymne. Może pan się w nim przejrzeć, ale krótko i przelotnie. Gdzie ja je mam… Ach nie, sprzedane! Poszło wczoraj za dobrą cenę, dla pana pewnie zbyt wysoką. Pokażę panu inne – świat wygląda w nim niezwykle korzystnie! W ogóle pan świata nie pozna.
Wyciągnął owalne lustro w złotej oprawie, ale w nim w ogóle nic nie zobaczyłem, mnie tam w każdym razie nie było. Nawet mebli stojących za mną nie odbiło – widziało się jakiś pejzaż z błękitnymi górami w tle.
- Czy to na pewno jest lustro? – spytałem.
- Na pewno – zapewnił mnie sprzedawca. – Z tym, że ono miewa własny program. Bywa, że nie ciekawi go to, co znajduje się przed nim. Wtedy wydobywa z siebie coś własnego. Ze wszystkich widoków, jakie widziało, najbardziej ukochało sobie góry. Ale lubi także obnażone kobiety. Można się ich napatrzeć a napatrzeć. Zwłaszcza wieczorem, po jedenastej. Właściwie to jest lustro wyłącznie dla osób dorosłych.
- Prawdę mówiąc wolałbym coś mniejszego…
- Jeżeli pan ma na myśli kieszonkowe, to nie u mnie.
- Nie kieszonkowe. Ale, powiedzmy, przenośne.
- Przenośne! Gdyby pan wiedział, jak lustra tego nie lubią! Prawdziwe lustra, rzecz jasna, bo kieszonkowe wprost przepadają za torebkami i kieszeniami, mają pod tym względem podobnie niskie upodobania jak pieniędze. Moje lustra, szanowny panie, mają charakter piramid, nie lubią być przenoszone z miejsca na miejsce. Więc na które pan się decyduje?
- Jeszcze się zastanowię.
- Od razu wiedziałem! Tylko spojrzę na klienta i natychmiast wiem, co on za jeden. Czy z tych co kupują, czy z tych co się zastanawiają. I nad czym pan chce się zastanawiać?
- Nad sobą, proszę pana.
- Nad sobą… To nie mógł pan tego zrobić wcześniej?
- Prawdę mówiąc, nie. Dopiero tutaj na to wpadłem. Patrząc w te lustra. Tak sobie myślę, że nie będą mi już potrzebne.
Skłoniłem się i opuściłem sklep z antykami. W przeciwieństwie do sprzedawcy byłem zadowolony i zadowolenie to rosło w miarę jak zbliżałem się do domu. Nie znałem przyczyny i nie chciałem znać, bo wiedziałem, że takie zadowolenie bez przyczyny jest najprzyjemniejsze. Lubiłem cieszyć się życiem bez wchodzenia w szczegóły, patrzeć na życie z lotu ptaka. Niestety, był to luksus, na który rzadko mogłem sobie pozwolić. Jednak tym razem ten przyjemny stan przedłużał się i trwał nieprzerwanie do samego wieczora. Spałem dobrze, a sny, które nad ranem mnie dopadły, uniosły się gdzieś do góry i rozpłynęły.
Poranne mycie poszło szybko i przyjemnie, lecz golenie… Golić się trzeba przed lustrem. Moje łazienkowe lustro niewiele widziało, na dobrą sprawę tylko mnie, o świecie nie ma pojęcia. Dotąd uważałem je za dosyć wierne, ale po wizycie w sklepie z antykami zacząłem mieć wątpliwości. A jeżeli ono mnie zwodzi, czy wręcz oszukuje? Kto wie, jak ja właściwie wyglądam? Ogolić się można, w tym jest jeszcze pomocne, ale zajrzeć sobie głębiej w oczy, poznać swoją prawdziwą twarz, zobaczyć własną osobę – to z pewnością przekracza możliwości, a może i chęci tego skromnego zwierciadła. Goliłem się z przykrym przekonaniem, że golę obcego człowieka. Czułem się jak fryzjer.
O wiele lepiej poczułem się w pokoju, kiedy stanąłem przed portretem. Jest to jedyny obraz, jaki posiadam, przed laty ktoś dał mi go na przechowanie i zapomniał, ja też zapomniałem kto, i tak obraz zamieszkał u mnie na stałe. Portret przedstawia młodego mężczyznę o bystrym spojrzeniu, który spogląda prosto w oczy patrzącemu. Wielokrotnie miałem wrażenie, że widzi lepiej ode mnie, lepiej i więcej. Lecz tego ranka poczułem, że mój wzrok jest równie dobry. Równie dobry, a może i lepszy. I nagle myśl rozbłyska, jasna, silna, nie wiadomo skąd… A jeżeli to ja tak wyglądam? Może to nie portret, lecz jakieś miękkie, płócienne lustro? Biegnę do łazienki, staję, sprawdzam – i co widzę? Portret! Ta sama młoda urodziwa twarz, to samo bystre spojrzenie! Zreflektowało się stare lustro, przestało kłamać. Albo zaczęło. Czyżby wszystko zależało od oczu?
Od tego dnia postanawiam golić się przed portretem. Ale czy on to wytrzyma? Wystawiam malarstwo na wielką próbę. A kupować trzeba portrety, nie lustra.

xxx xxx xxx

SALONY

Brak komentarzy

Wiosną przyjechałem do R. i od razu chcąc nie chcąc wpadłem w życie salonowe. W mieście, po likwidacji placówek kulturalnych, upadku jedynego wydawnictwa i jedynego teatru, salony zaczęły odgrywać, jak mi powiedziano, znaczącą rolę. Przyjmowano w kilku domach niemal we wszystkie robocze dni tygodnia, a w niedzielę prowadziła salon, bardzo zresztą ekskluzywny, plebania.
Na początek zostałem wprowadzony do dwóch salonów, co od razu wzbudziło niezadowolenie dwóch innych, a w pozostałych, z plebanią włącznie, zostało przyjęte z ironią graniczącą z szyderstwem. Jak się prędko zorientowałem, między salonami trwała ostra walka o gości, tym większa, że uczestnictwo w jednych salonach wykluczało drugie, a dwa najbardziej wpływowe wymagały od swoich bywalców wyłączności.
Skarżył się na to gospodarz drugiego odwiedzonego przez mnie salonu, mecenas Olza.
- Rzecz polega, drogi panie, na szczupłości elit. I na ich wieku. Starzy się wykruszają, a dopływu młodych prawie nie ma. Do mojego salonu wszyscy jeszcze przychodzą o własnych siłach, ale do innych trzeba ludzi dowozić. Poza tym koszty. Pan nie wie, ile dzisiaj kosztuje prowadzenie salonu! Bo już nie wystarczy jak kiedyś kawa, herbata i ciasteczka – ludzie domagają się zagranicznych trunków, a nawet gorących kolacji! I to nie byle jakich. Dzisiaj na przykład będą u nas serca duszone w sosie bengalskim.
- Co to za sos? – pytam, bo lubię sosy.
Mecenas zafrasował się przez chwilę. Nie był przygotowany na to pytanie.
- Prawdę mówiąc, nie wiem. Ale brzmi dobrze, prawda? Sos bengalski. Ludzie nawet nie podejrzewają, w jak dużej mierze sztuka kulinarna jest sztuką słowa. Gdyby nie powstał odpowiedni język, nic by nam nie smakowało. Smak słowa, oto co się liczy w każdej dobrej kuchni. A co pan jadł u konkurencji?
- Nic nie jadłem. Kiedy przyszedłem, wszystko już było zjedzone.
Mecenas Olza roześmiał się, jakby usłyszał świetny dowcip. Dla odmiany do jego salonu przyszedłem za wcześnie i nie tylko jeszcze nie było zapowiadanych serc w sosie bengalskim, ale i gości, którzy by docenili to danie. Mecenas daremnie spoglądał co chwilę na drzwi – doczekał się jedynie małżonki, która wyszła z kuchni, cała okryta szalami, jak to jest ostatnio w modzie.
- O, już mamy pierwszego gościa! – uśmiechnęła się promiennie.
- Ale nie ma następnego – mruknął mecenas. – Kto poza nami dzisiaj przyjmuje?
- Chyba państwo Warsowie – powiedziałem. – Może tam wszyscy poszli. Ale tam jest tak nudno, że długo nie wytrzymają i na pewno przyjdą do państwa.
- Nie potrzebujemy znudzonych gości – rzekł mecenas. – Nasz gość powinien być świeży i wypoczęty. Świeży, wypoczęty i wyspany. Tak jak pan.
Prawdę mówiąc, wyspany wcale nie byłem, bowiem poprzedni salon, u znanej z piękności pani L., przeciągnął się do rana i zakończył sutym śniadaniem, do którego nota bene dotrwało bardzo niewielu gości, właściwie poza mną nie dotrwał już nikt. Ale tego wolałem nie ujawniać – starałem się tylko nie ziewać, co na początku się udawało, lecz potem było gorzej, tym bardziej że pan domu, mecenas Olza, sam zaczął ziewać, a później ziewaniem zaraził małżonkę. Mimo to rozmowa toczyła się gładko, a to głównie dzięki towarzyskiemu obyciu i ogromnemu doświadczeniu obojga gospodarzy salonu.
- Już dawno chcieliśmy przejrzeć listę gości – wyznała mecenasowa. – Powinniśmy odmłodzić nasz salon, odświeżyć. Pan nie ma pojęcia jak bardzo ludzie potrafią być nudni. Weźmy takiego Pokrota, bądź co bądź radnego. Przychodzi od miesięcy, za każdym razem siedzi bite trzy godziny, a jeszcze nigdy ust nie otworzył! Rozumiem, pasjonat milczenia, i dla takich jest miejsce na świecie, ale trzeba powiedzieć, na jaki temat się milczy. Nie wiemy, czy on jest z prawicy czy z lewicy, czy za końcem czy za początkiem, za życiem na ziemi czy w niebie, no kompletnie nic nie wiemy!
- Skreślić! – rzekł Olza. – Już go więcej nie chcę oglądać. Ten człowiek, niech pan sobie wyobrazi, skarżył się kiedyś, że u nas nie można swobodnie rozmawiać! Że nasz salon nie jest dość liberalny! A że można swobodnie i dowoli pomilczeć – tego nie zauważył! Koniec z nim. Niech sobie chodzi milczeć gdzie indziej!
- Ja skreśliłabym także Masalskiego – powiedziała mecenasowa. – Tego, co podaje się za redaktora. Niby wciąż jeździ za granicę, ale innych salonów nigdy nie opuszcza, tylko nasz. Kiedy wypada nasz dzień, on rzekomo siedzi w Paryżu, albo w Londynie! Ale jego opowieści nigdy nie wychodzą poza opis dworca. I to naszego. I wciąż powtarza ten sam banał: świat do dworzec, pociąg na Zachód już odjechał, my zostaliśmy na peronie, następny odchodzi do Trzeciego Świata. No niech pan powie, ile razy można tego słuchać?!
- Skreślić! – zawołał mecenas. – Jak zmieni rozkład jazdy, to zobaczymy. I niech przestanie kłamać, że jest redaktorem. Raz napisał jakiś paszkwil i już redaktor! Tu jeden paszkwil nie wystarczy, mój panie Masalski. Żeby zdobyć nazwisko i pozycję, jeden to za mało!
- Profesor Podgórska też mogłaby już nie przychodzić – przypomniała sobie mecenasowa. – Ona ma tylko dwóch studentów, a bez przerwy mówi o pełnej sali. Nasz salon bywa pełniejszy niż jej aula! I żeby to chociaż byli doktoranci… To są, po prostu, proszę was, repetenci!
- Poza tym ja od kobiet w salonie wymagam urody – rzekł mecenas. – I to urody kobiecej. A tymczasem pani profesor raczej przypomina brzydkiego mężczyznę. Możemy ją spokojnie skreślić.
Potem gospodarze, nie ufając pamięci, wyciągnęli z szuflady listę gości i na niej zaczęli dokonywać skreśleń. Czystka objęła wszystkie sfery, kobiety i mężczyzn, osoby młodsze i starsze, ze szczególnym uwzględnieniem sędziwych. Ja uchowałem się prawdopodobnie tylko dlatego, że nie było mnie jeszcze na liście. Zajęta selekcją pani domu zapomniała o duszonych sercach, które spaliły się na skwarki i nie nadawały się do podania ani z sosem bengalskim, ani z żadnym innym. Prawdę mówiąc, nie było też komu ich podać, bo poza mną do końca wieczoru nie pojawił się nikt więcej, co gorsza, sam gospodarz, mecenas Olza, wyszedł na wieczorny spacer i długo nie wracał. Było to podobno nietypowe, lecz mimo to poczułem się dotknięty, w przeciwieństwie do mecenasowej, która lubiła, jak mi wyznała w zaufaniu, prowadzić salon samodzielnie.
Mecenas wrócił zadowolony.
- U Warsów też pusto! – zawołał od progu. – My chociaż mamy pana, nową twarz, a oni nawet starej nie mają! Pan jako nietutejszy liczy się potrójnie, jak trzy osoby tutejsze!
- Nawet poczwórnie – dodała mecenasowa, również bardzo zadowolona. – Ale gdzie się wszyscy podziali? Czyżby pojawił się jakiś nowy, dotąd nieznany salon?
- A to jest bardzo możliwe – powiedziałem – że są w mieście także dzikie salony. Utajnione. W ogóle utajnienie, częściowe lub całkowite, to najlepsza recepta na sukces. Salonowe podziemie – oto, co by miało dzisiaj sukces!
- Słyszał pan o czymś takim? – spytała mecenasowa z błyskiem w oku.
- Ja o wszystkim słyszałem – odparłem. – Nawet o takim salonie, którego bywalcy są na pensji. Nie muszę dodawać, że nigdy nikogo w nim nie brakuje, a poziom rozmów jest bardzo wysoki, bo gospodarzom udało się pozyskać, a właściwie zatrudnić, kilku profesorów uniwersytetu.
- To u nas? – zdziwił się mecenas. – Sam bym się w takim salonie zatrudnił. Choćby jako stażysta.
- Ale słyszałem też o salonie – mówię – w którym obowiązują opłaty za wstęp, coś w rodzaju wadium. Jak z tego widać, prawa rynku nie omijają nawet salonów.
Zacząłem się żegnać, bo i tak zasiedziałem się dłużej niż wypadało.
- I gdzie pan teraz pójdzie? – zmartwiła się mecenasowa.
- Do domu – uspokoiłem ją.
- Nie do innego salonu?…
- Do domu – powtórzyłem.
I tak było w istocie. Ale tego wieczora nie dane mi było odpocząć. Ledwie przekroczyłem próg mieszkania, pojawili się pierwsi goście! Nikogo nie zapraszałem, a mimo to goście przychodzili jedni za drugimi, w pojedynkę, parami, znajomi, nieznajomi, młodzi, starzy, w cywilu, w mundurach, a ktoś przyszedł nawet z kotem. Okazało się, że prowadzę salon wcale o tym nie wiedząc. Salon, jak powiedział któryś z gości, będący kuźnią idei. Kiedy rozsiedli się i napili, zacząłem zabawiać ich rozmową. Ktoś włączył telewizor, ale natychmiast go wyłączono. Ludzie – to się czuło – mieli dosyć ludzi z ekranu. I dosyć rozmów o tym, co pokazuje telewizja. Mówiono głównie o salonach. Ja też mówiłem o salonach. Właściwie wszyscy mówili o salonach. I dziwna rzecz, o wszystkich – poza jednym – mówiono źle. Nawet ja mówiłem źle. Nikt nie wie naprawdę, do czego służy salon. Może dlatego wciąż trwa.

xxx xxx xxx

Witam!

Zapraszam do wysłuchania dwóch moich premierowych słuchowisk: „Elita” oraz „Był sobie mędrzec” w reżyserii Janusza Kukuły. Niedziela, 22 września godzina 17.05 Program I-wszy Polskiego Radia.

Henryk Bardijewski

SIWE GŁOWY

Brak komentarzy

Jeszcze o dziewiątej obawiano się, czy manifestacja dojdzie do skutku – o dziesiątej już było wiadomo, że pochód będzie imponujący. Dzień był pogodny, ptaki latały wysoko, ludzie zasiadali w oknach i na balkonach. Grzegorz ma lat siedemdziesiąt pięć, ja jestem o rok starszy – młodszych od nas się nie widziało.
- Wygląda na to, że jesteśmy najmłodsi – powiedziałem, patrząc na stojących wokół manifestantów.
Siwych głów było więcej niż łysych, może zresztą dlatego, że przyszło wyjątkowo dużo kobiet i wciąż dochodziły nowe. Takiego zgromadzenia starości nie widziało jeszcze żadne miasto, pomyślałem, a Grzegorz nawet to powiedział.
- Nasz protest – dodałem – odbije się głośnym echem w całym świecie. Popatrz tylko, ile zjechało ekip telewizyjnych i radiowych!
Rzeczywiście filmowano nas bez przerwy, podsuwano też mikrofony, abyśmy sami mówili, jakby mało było tego, co mówiły transparenty.
- Najpierw chyba pójdziemy pod ministerium zdrowia – rzekł stojący obok nas krzepki starzec z kolczykiem w uchu.
- Ja bym maszerowała od razu pod parlament -odezwała się staruszka w dżinsach i skórzanej kurtce.
- Po drodze jest siedziba premiera – przypomniał Grzegorz.
- Czy będziemy rzucać petardy? – dopytywał się ktoś na wózku.
Wiele osób mówiło, lecz mało kto słyszał. Lepiej było z widzeniem, ale też nie za dobrze, bo wciąż witano mnie jak znajomego, chociaż poza Grzegorzem nie znałem nikogo. Dokoła łykano jakieś pigułki i popijano wodą. Ktoś przemawiał, ale głośnik chrypiał i nic nie można było zrozumieć.
- Skąd oni wzięli taki stary głośnik? – dziwił się starzec z kolczykiem w uchu.
Wreszcie ruszyliśmy. Byle nie za prędko, wołano z tyłu. Byle nie za wolno, wołano w przodzie, to pochód nie kondukt. Wiele osób niosło parasolki. Od deszczu, słońca i policji, mówiono. Ale policjantów jakby w ogóle nie było. Jeżeli gdzieś są, mówiono, to po cywilnemu i tak starzy, że nikt ich nie odróżni od naszych manifestantów. Od czasu do czasu z balkonów rzucano nam jakiś kwiatek. Czoło pochodu doszło do katedry i tam przystanęło.
- Nie zatrzymywać się przed katedrą – padł rozkaz nie wiadomo skąd.
- Dlaczego nie – obruszył się Grzegorz. – Ja bym katedry nie pomijał. Bóg nas widzi gdziekolwiek jesteśmy, ale nie można tego powiedzieć o Jego ludziach. Jeżeli nie wejdziemy im w oczy, to nas nie zobaczą.
- Nie zatrzymywać się! – powtórzono rozkaz i pochód ruszył dalej.
Żebrak spod katedry długo się wahał, pójść z nami czy nie, ostatecznie został – żywa, należąca do budowli rzeźba. Zresztą był za młody. Tuż obok katedry jest więzienie – tu nikt nawet nie zwolnił. Pomknęliśmy od razu pod ratusz. Tam już czekał mer miasta i jego rajcy, a na stronie, na wszelki wypadek, jacyś młodzi cywile w kominiarkach.
- Czy będziemy rzucać jajkami? – dopytywał się ktoś na wózku.
- Można by podpalić oponę – rzekł Grzegorz. – Gdyby ktoś pomyślał o oponie.
Ale nikt nie pomyślał. W ogóle pochód nie był dobrze przygotowany. A przecież niektórzy szykowali się do niego po osiemdziesiąt i więcej lat. Starość, przeciw której wyszliśmy na ulicę, sprawiła że zapomniało się niejedno, nie pomyślało o drugim, wiele rzeczy niesłusznie zlekceważyło. Na przykład przemówienia. Mówców mamy lichych, bez głosu, nierzadko bez zębów, a do tego kłótliwych i gadatliwych ponad miarę. Ale tym więcej jest powodów do protestu. Nie godzimy się na taką starość, a część z nas nie godzi się na żadną i to należy władzom jasno i dobitnie powiedzieć.
Znając naszych mówców, napisaliśmy z Grzegorzem memoriał, co wszystkich podniosło na duchu. Memoriał zawsze robi dobre wrażenie i tym razem też zrobił. Mer przyjął go z zadowoleniem, szybko przejrzał i obiecał poparcie, nie ukrywając jednak, że sprawa jest trudna.
- Z kulturą można sobie poradzić – zwrócił się osobiście do najbliżej stojących manifestantów – ale w waszym przypadku w grę wchodzi natura. Starzenie się to jej domena. Naciski na naturę są jak dotąd mało skuteczne, ale będziemy próbować.
- Jak na niego, to i tak dużo – skomentował Grzegorz, który znał mera i jego niechętny stosunek do wszelkich manifestacji.
Potem ruszyliśmy pod siedzibę rządu. Aleja prowadziła pod górę, wiele osób osłabło, inne zaczęły odstawać i pochód stracił swój impet. Grzegorz jako najmłodszy i najsilniejszy mimo woli znalazł się na czele, a ja chcąc nie chcąc tuż za nim. Kroku dotrzymywały nam kobiety, wytrzymalsze od mężczyzn, również osoby na wózkach radziły sobie nadspodziewanie dobrze.
- Precz ze starością! – wznoszono słabe okrzyki, chociaż to samo można było przeczytać na transparentach.
- Trzeba było protestować znacznie wcześniej – narzekał Grzegorz. – Kiedy byliśmy młodzi. Dzisiaj sprawy już zaszły za daleko.
Miał na myśli głównie nasze organizmy, w których czas poczynił znaczne spustoszenia, lecz także naszą psychikę, bardzo już sztywną i mało podatną na zmiany, jeżeli nie liczyć postępującego zaniku pamięci. Nawet mnie zdarzało się raz po raz zapominać gdzie i po co idziemy, a cóż dopiero starszym ode mnie. Gdyby nie transparenty, mało kto by pamiętał z czym i o co walczymy
- Precz z zanikiem pamięci! – krzyczały kobiety, a mężczyźni wołali: – Sklerozie stop!
Gapiom stojącym na chodnikach wręczano ulotki. Wszystkie potępiały starzenie się organizmów – przede wszystkim ludzkich, ale braliśmy też w obronę zwierzęta. Starość jako taka, głosiły ulotki, powinna być wyeliminowana z życia społecznego, co najwyżej można by się starzeć za karę, w rezultacie prawomocnego wyroku sądowego. Ludzie z ochotą czytali nasze ulotki, a potem zachowywali je na pamiątkę.
Przed siedzibą rządu było pusto, jakby rząd wyjechał za granicę. Oblać ich farbą, radził starzec z kolczykiem w uchu, ale farby nikt nie miał. Na pierwszym piętrze ktoś wyglądał zza firanki. Czyżby premier? Nikt do nas nie wyszedł, ani stary, ani młody, nawet policji nie było, co by nas rozgoniła. Kompletne lekceważenie! Inna sprawa, że rząd był świeży, jeszcze wszystkich ministrów dobrze nie policzył, a koalicja, na której się wspierał, właśnie się rozpadała. Ale co nas to, starych, obchodzi? Nasza sprawa jest ponadczasowa.
Już mieliśmy, pełni niesmaku, spod gmachu odmaszerować, kiedy uchylono drzwi i wyszedł jakiś wiceminister. Na memoriał ani spojrzał, znam go, powiedział, na pamięć, wasza sprawa jest słuszna i będzie załatwiona. Skąd znał memoriał, nie wiadomo, widać odpowiednie służby pracują lepiej niż sądzimy. Albo się Grzegorz wygadał, albo ja, nikt z nas niczego nie pamięta – od takich ludzi jak my lepiej się trzymać z daleka. A wiceminister nie wzbudził zaufania. Że nasza sprawa jest słuszna, to sami wiemy – ale że będzie załatwiona?… Nowy rząd obieca wszystko, żeby utrzymać się przy władzy. Z likwidacją biedy nie może sobie poradzić, a cóż dopiero kiedy w grę wchodzi starość…
Rozstaliśmy się chłodno i ruszyliśmy pod parlament. A tam tłok. Najlepsze miejsca na trawniku zajęte przez inne manifestacje. Przejechali protestować nauczyciele, leśnicy, lekarze, stoczniowcy, filmowcy, rybacy, policjanci, pszczelarze, studenci i aktorzy. Do nich przeszły też od razu wszystkie media – przy nas nie został ani jeden dziennikarz. Nadciągały podobno kopalnie i przemysł zbrojeniowy. Budynek parlamentu widzieliśmy z daleka, to znaczy widział, kto miał lepszy wzrok. Hałas był okropny. Posłowie to wychodzili, to uciekali, potem znów wychodzili i znów uciekali, do nas w każdym razie żaden nie dotarł. To samo z senatorami.
- Tu nie wskóramy niczego – orzekł Grzegorz. – Inne manifestacje powinny nam ustąpić miejsca, bośmy najstarsi, ale kto dzisiaj ma szacunek dla siwej głowy…
Spojrzał na mnie i nagle zamilkł. Ja też byłem zaskoczony jego widokiem. Nie był już siwy, a jego twarz wygładziła się i pojaśniała.
- Gdzie twoje zmarszczyki? – zapytałem.
- A gdzie twoje?
Rozejrzeliśmy się dokoła. Nigdzie siwego włosa, twarze świeże, młode, tyle że bardzo zdziwione. Tylko transparenty zostały te same – jakże nie pasujące do naszego wyglądu! Manifestanci patrzyli na siebie z niedowierzaniem, słyszało się okrzyki przestrachu, zwłaszcza kobiety odczuwały zaniepokojenie nagłą przemianą. Mężczyźni odrzucali laski, kilka osób wstało z wózków. Ludzie z sąsiednich manifestacji zaczęli nam się przyglądać podejrzliwie.
- A wam o co chodzi? – spytał jakiś stoczniowiec.
- Protestowaliśmy przeciwko starości – wyjaśniłem.
- No i co?
- Poskutkowało.
- No widzicie – rzekł stoczniowiec. – Jak się mocno na nich naciśnie, to zawsze ustąpią. Boją się manifestacji ulicznych. Każda władza się boi.
No tak, pomyślałem, ale to nie oni ustąpili. Nie ta władza. Znacznie wyższa. Ta, do której dotąd zanosiło się tylko modły. Która dotąd znała jedynie procesje, nie pochody. Która, jak sądziliśmy, nie boi się nikogo ani niczego.
- Rozchodzimy się i spokojnie wracamy do domu – rozkazano. – Transparenty zabrać ze sobą, mogą się jeszcze przydać – jeżeli nie nam, to komu innemu.
Początkowy przestrach ustąpił miejsca radości. Żegnano się pośpiesznie, każdy jak najprędzej chciał znaleźć się w domu, stanąć przed lustrem, obejrzeć dokładnie twarz i całe ciało, pokazać żonom, mężom i rodzinie. Po drodze spotykaliśmy starych ludzi, ale byli to tylko ci, którzy nie brali udziału w manifestacji.
- A mówiłem żonie – martwił się Grzegorz – przyłącz się do protestu, chodź z nami… A ona – nie. No to teraz ma. Padnie jak mnie zobaczy.
- Moja nie – powiedziałem. – Ja już takie numery wyprawiałem, że niczemu się nie dziwi. Przyzwyczajona jest do ekscesów.
- Do twoich tak, ale nie do ekscesów nieba – rzekł Grzegorz. – Do tego nikt nie jest przyzwyczajony. Zdaje się, że wymusiliśmy coś, co nie jest zgodne z naturą. Jak ty wyglądasz? Jak gówniarz. W twoim wieku… Ja też, zdaje się, nie wyglądam zbyt poważnie. O innych nie mówię, bo mało mnie obchodzą. A jak raz naruszy się porządek natury, to trudno skończyć. Porządek nie lubi nieporządku. Sprawa nawet niebu może wymknąć się spod kontroli.
Taki jest Grzegorz. Protestować protestuje, a kiedy przychodzi ponieść konsekwencje, to piętrzy obiekcje. A przecież trudno pogodzić się ze starością. Mieliśmy patrzeć bezczynnie jak starość coraz bardziej zagarnia nasze życie i czyni z nas swoich niewolników? Co do mnie uważam, że racja była po naszej stronie i gdyby jeszcze raz przyszło mi wziąć udział w podobnej manifestacji, to nie wahałbym się ani przez chwilę.
W domu obyło się bez specjalnych powitań. Żona udała, że niczego nowego nie widzi, pozostali domownicy w ogóle na mnie nie spojrzeli. Coś przełknąłem i poszedłem wcześnie spać. Spałem długo, lecz niespokojnie, a kiedy się obudziłem i spojrzałem w okno, zobaczyłem zadeszczone szyby i pochmurne niebo. Pierwsze kroki skierowałem do lustra. Zapaliłem światło, żeby lepiej widzieć. Zobaczyłem siwego starca, dokładnie takiego, jakim byłem poprzedniego dnia rano. Z Grzegorzem jest na pewno podobnie. Krótko trwało nasze zwycięstwo, ale tak jest z większością zwycięstw.
Kiedy się wypogodzi, pójdziemy dalej zwyciężać.

xx xx xx

STARE KINO

1 komentarz

Budynek był wystawiony na sprzedaż, ale nikt nie chciał go kupić. Starsi byli z tego zadowoleni, młodych rzecz nie interesowała. Tylko starsi pamiętali, że kiedyś mieściło się tu kino. Jeszcze starsi utrzymują, że przed kinem był fotoplastykon, ale nie ma pewności, czy w tym samym domu, czy obok. Ostatnio urządzono tu magazyn, wielkie samochody przywoziły pudła z telewizorami, a podobno zdarzały się też komputery. Dlatego też budynek był dobrze strzeżony, i to nie przez emerytów, ale przez młodych, uzbrojonych osiłków. Potem jednak, po zlikwidowaniu magazynu, ochrona wycofała się i wchodził do środka kto chciał.
Ja nie wchodziłem. Nie mam zwyczaju wchodzić do pustych, opuszczonych budynków. Ale mój przyjaciel Edward nie widział w tym nic niestosownego.
– Nie lubisz chodzić do kina? – zapytał.
– Kiedyś lubiłem. Ale kino się skończyło. Nie ma już filmów, które chciałbym oglądać. Nie chcę oglądać tego, co dzisiaj pokazują, ani nie chcę siedzieć w jednej sali z tymi, którzy to oglądają. Nie zamierzam być częścią dzisiejszej publiczności. Ja w ogóle, trzeba ci wiedzieć, nie pasuję do czasu, w którym przyszło mi żyć. Jestem człowiekiem starej daty. Bardzo starej. Sprzed wieków.
Edward pokiwał głową ze zrozumieniem, po czym bez słowa wziął mnie pod rękę i pociągnął w stronę dawnego kina.
- Chodź, będzie ci się podobało.
Co tu może się podobać? Budynek kina odrapany był na zewnątrz, pisał po nim i malował kto chciał, niestety, nikt utalentowany. W środku było jeszcze gorzej. Połamane krzesła, pozrywane przewody, scena zdewastowana, podłoga w wielu miejscach dziurawa. Po ekranie nie było śladu, mur z odpadającym tynkiem, po bokach dwie kolumny, które niczego nie podtrzymywały. Litościwy półmrok skrywał gorsze rzeczy. Edward czuł się jednak w tej scenerii nadspodziewanie dobrze.
- Spędziłem tu wiele przyjemnych godzin – powiedział ściszonym głosem, jakbyśmy byli w kościele. – Niemały kawałek życia.
- Ale to już przeszłość – mówię. – Odległa.
- A ty jesteś pewny, że przeszłość istnieje w jakiś inny sposób niż teraźniejszość? Że jest mniej obecna? Przeszłość, jeśli chcesz wiedzieć, jest już we mnie, a teraźniejszość dopiero wchodzi i jeszcze nie wiadomo czy wejdzie. Przeszłość mogę przywołać kiedy chcę, a z przyszłością sprawa jest bardziej skomplikowana. Niby przychodzi sama, nieproszona – ale jaka? W pierwszej chwili w ogóle nie wiadomo jaka, dopiero po pewnym czasie, kiedy przekroczy granicę, która dzieli ją od przeszłości, dowiadujemy się, co to właściwie było. Siadaj, seans zacznie się za kwadrans.
Wyciągnął z kąta jakieś składane krzesła, przetarł je szmatą i rozstawił w miejscu, gdzie kiedyś stał pierwszy rząd. Usiadłem, bo lubię siedzieć, ale nie spodziewałem się niczego, co by mi sprawiło przyjemność. Edward, przeciwnie, minę miał zadowoloną, jakby zrobił jakiś dobry interes. Pod wysokim sufitem latały jaskółki, poza tym panowała cisza, miasto ze swoim szumem z trudem przenikało przez grube mury.
- Co się zacznie za kwadrans? – zapytałem po chwili. – Seans?
- Tak – odparł Edward. – Zaraz zaczną schodzić się ludzie. Wstęp jest bezpłatny.
- Spodziewam się – mówię. – Za co tu płacić?
- Na razie bezpłatny, z czasem wprowadzi się opłaty i to wcale niemałe. Być może pojawią się przed kinem koniki.
- Tak, ale może powiesz mi wreszcie co będzie wyświetlane i gdzie?!
- Nic nie będzie wyświetlane – wyjaśnia spokojnie Edward. – Przecież tu nie ma ekranu ani aparatury. Widzisz tu coś takiego?
- Nie.
- No właśnie. Tu nie ma nic do oglądania.
Kiedy to mówił, wszedł do kina starszy pan w ubraniu sprzed czterdziestu lat, lecz mało używanym, na oko zupełnie nowym, pozdrowił nas i usiadłszy na rozkładanym krześle pogrążył się w lekturze programu filmowego sprzed lat. Chwilę po nim przyszła pani w jego wieku, w dużym kapeluszu, który natychmiast zdjęła, jakby bała się, że komuś zasłoni widok. Włosy miała piękne i pachnące, w kolorze mahoniowym, a w nich grzebień z masy perłowej, zapewne bardzo stary. Potem przyszły dwie osoby identyczne, bliźniacze, płci tej samej lecz nie określonej wyraźnie, płci w domyśle. Potem jeden mężczyzna bardzo męski i bardzo stary, wreszcie kobieta dosyć prosta w ubiorze i obejściu, pod czym mógł się kryć jakiś tytuł szlachecki, a może i arystokratyczny. Wszyscy usiedli blisko nas, tak blisko, że usłyszeliby szept, gdyby komuś przyszło do głowy szeptać. Ponieważ nikt więcej nie nadchodził, domyśliłem się, że publiczność jest już w komplecie.
Wszystkie te osoby znały się, wymieniały ukłony i jakieś słowa, lecz po chwili nastała pełna oczekiwania cisza, słychać było tylko przelot jaskółek pod sufitem i dalekie odgłosy ulicy. Edward spojrzał na panią, która zdjęła kapelusz i ona też zabrała głos.
- Dodatku dzisiaj nie będzie, drodzy państwo, bo film mamy długi, przekroczylibyśmy normalny czas seansu, a tego chciałabym uniknąć. Przeniesiemy się, moi drodzy, do Wiednia, tego pięknego Wiednia sprzed pierwszej wojny światowej. Jest wielka sala balowa, przystrojona kwiatami, z orkiestrą we frakach grającą walca. Pary kołują jak w transie, panowie z jedną ręką z tyłu, panie z odrzuconymi głowami jakby w omdleniu, na wszystkich ustach uśmiechy. Zbliżenie na jedną z par. To tańczy ulubieniec kobiet, modny malarz Heideneck, a jego partnerką jest piękna Gerda, żona sławnego chirurga. Przyciąga ją do siebie bardziej niż by taniec tego wymagał i szepcze do ucha prośbę malarza: pozuj mi, piękna pani, pozuj mi do aktu. W pierwszej chwili Gerda odmawia, lecz po krótkim wahaniu zgadza się. I oto jesteśmy w pracowni malarza, gdzie piękna Gerda pozuje do aktu. Za cały jej strój służy maseczka i długie czarne rękawiczki. Malarz jest zachwycony modelką, a jeszcze bardziej swoim dziełem, które rychło trafia na wystawę. Obraz budzi sensację i rozliczne domysły, kto jest zamaskowaną pięknością.
Wszyscy słuchali z zapartym tchem, lecz ja miałem wątpliwości. Ryzykując, że zostanę przywołany do porządku, nachyliłem się do ucha Edwarda i powiedziałem jak mogłem najciszej:
- Czy to na pewno jest wartościowy film?
- Na pewno. Ona bezwartościowych obrazów nie opowiada.
- A jednak ja wolałbym na przykład coś Bergmana. Czy nie mogłaby opowiedzieć „Siódmej pieczęci”? Albo „Tam, gdzie rosną poziomki”?
- Było w zeszłym tygodniu. Dzisiaj jest nieco lżejszy repertuar. Ale też dobry. Nie gadaj tyle – w połowie filmu będzie przerwa.
Kobieta spojrzała na mnie z wyrzutem, po czym podjęła swoją opowieść na nowo.
- Ludzie na wystawie snują domysły. Niektórzy podejrzewają, że piękność na obrazie to dawna kochanka malarza, obecnie zaręczona z bratem chirurga. Plotka się rozchodzi i dociera do lekarza. Ten składa wizytę malarzowi i żąda wyjaśnień. Jak wyjść z kłopotliwej sytuacji? Powiedzieć kim jest modelka? Heideneck nie wiele myśląc podaje mu pierwsze lepsze zmyślone nazwisko. Ale nie ma już wolnych nazwisk. Przypadek sprawia, że nazwisko to nosi panna Dur, młoda i uczciwa dama do towarzystwa pewnej artystokratki, która w ten sposób zostaje wciągnięta do intrygi.
Zauważyłem, że większość słuchających ma zamknięte oczy, więc i ja swoje przymknąłem. W pierwszej chwili niczego nie zobaczyłem, lecz potem pod moimi powiekami zaczęły pojawiać się biało- czarne obrazy. Czyżby inni widzieli to samo? A może każdy oglądał coś innego?
- I znów mamy bal, proszę państwa. Arystokratyczna dama zabiera ze sobą pannę Dur, która przyciąga oczy wszystkich mężczyzn, a przede wszystkie malarza Heidenecka. Tańczą ze sobą i rozstać się nie mogą – wkrótce połączy ich miłość. Ale malarz to mężczyzna z bogatą przeszłością. Oto pojawia się jego zazdrosna dawna kochanka Anita. Pojawia się z rewolwerem w ręku. Strzela i rani artystę, który trafia w ręce sławnego, znanego nam chirurga. Tak ponownie przecięły się losy tych dwóch wybitnych postaci. Chirurg już wie kim była zamaskowana modelka.
On może wie, ale ja niestety pogubiłem się. Przyzwyczajony do twarzy na ekranie, odwykłem do słuchania w skupieniu. Słowo bez obrazu stało się dla mnie za trudne. Jak inni dawali sobie z tym radę?
- Kim była ta modelka? – spytałem Edwarda jak mogłem najciszej.
- No co ty, śpisz czy co? – obruszył się. – To żona chirurga, piękna Gerda!
Edward wiedział, inni też wiedzieli, tylko mnie jednemu wszystko się pomieszało. Niestety, dla mnie jednego nikt nie będzie opowiadał filmu od początku. A może by poprosić tę panią o spotkanie po seansie? Już do końca siedziałem zagubiony w intrydze, która komplikowała się coraz bardziej w miarę jak przybliżał się finał, z którego nic, rzecz jasna, nie zrozumiałem. Wszyscy wiedzieli, że nic nie rozumiem, więc siedziałem zawstydzony, podobnie zresztą jak Edward, który z kolei wstydził się za mnie. Lecz poza wstydem czułem sympatię do tych zagorzałych kinomanów. Zagorzałych, ale zarazem zmęczonych nawałem obrazów wylewających się z telewizorów, komputerów i wielkich ekranów kinowych. Pomyślałem, że mógłbym tym ludziom, tej upartej publiczności też coś opowiedzieć.
Kiedy kobieta skończyła swój stary film, wstałem i ku zdumieniu Edwarda zabrałem głos.
– Pozwolą państwo, że uzupełnię ten seans krótkim dodatkiem. Otóż niedawno byłem, drodzy państwo, w pewnej galerii. Na wernisażu. Chciałbym pokrótce opisać wystawiane tam obrazy.
I zacząłem opisywać słowem i gestem martwe natury, pejzaże i portrety, a nawet sale, w których te dzieła wisiały, światło którym były oświetlone, publiczność która je oglądała. Moja relacja spotkała się z życzliwym zainteresowaniem, wobec czego niejako na bis opowiedziałem o wystawie, którą widziałem za granicą. Tu jednakże pamięć mnie trochę zawodziła, więc musiałem nieco zmyślać, co natychmiast zostało dostrzeżone. Pierwsza podniosła się, skłoniła i wyszła pani w kapeluszu, po niej pożegnały nas dwie osoby bliźniacze, a za nimi kolejno wymykali się pozostali kinomani. Mój sukces mógłbym zatem uznać za połowiczny. Jeszcze parę minut i zostałem sam z Edwardem.
- Nie byli przygotowani na malarstwo – próbował pocieszyć mnie Edward. – Ludzie lubią z góry wiedzieć, na co przychodzą. Kiedy będą dostatecznie wcześnie uprzedzeni, to nawet film przyrodniczy będziesz mógł opowiedzieć. Bo w sumie nieźle ci to idzie. Tylko uważaj z dzikimi zwierzętami. Słowo to nie obraz – działa o wiele silniej. Przynajmniej na ludzi z wyobraźnią.
Wyszedłem z kina ostatni. Edward stał na ulicy i przyglądał się staremu kinu, jakby zobaczył je po raz pierwszy. Zapadał zmierzch, budynek pociemniał i taki pociemniały sprawiał wrażenie odnowionego. Na jego dachu, niczym jasny okrągły neon, przysiadł księżyc.
- Umiałbyś opisać ten zabytek? – szepnął Edward. – Trzeba będzie kiedyś o nim opowiedzieć. Sam widok, jak większość widoków, nic ludziom nie powie.

PRELEKCJA

Brak komentarzy

Postanowiliśmy pójść na odczyt. Prawie nikt już nie chodzi na prelekcje i uznaliśmy, że trzeba ratować ten zanikający rodzaj międzyludzkich kontaktów. Liczyłem też, że odczyt rozerwie Pawła, który od paru tygodni chodził smutny. Nikt nie powinien być smutny zbyt długo, bo to szkodzi zdrowiu, a poza tym jest zaraźliwe.
- Widzę same plecy – skarżył się Paweł. – Plecy domów, ludzi, przedmiotów. Wszystko odwraca się do mnie plecami. Mam kompleks pleców. Kiedy przeglądam się w lustrze, też widzę plecy. Tyły wszędzie są brzydkie. Piękno jest usytuowane od frontu.
- No kto by pomyślał – zdziwiłem się. – Ale są przecież jeszcze boki. Ciekawe, jakie są boki?
Tak sobie rozmawialiśmy idąc na tę prelekcję, na którą poza nami nikt nie szedł. Poza nami i prelegentem, rzecz jasna. Poznaliśmy go od razu, jeszcze na ulicy – po gestach, po krokach tak uważnych, jakby bał się spaść z katedry, po plecach to prostych to zgarbionych, po teczce trzymanej pod pachą blisko serca, jak największy skarb. Miał mówić o cywilizacji współczesnej, a właściwie o jej upadku. Nie wiedział jeszcze, biedak, że całe jego audytorium idzie tuż za nim.
- Po co iść dalej – marudził Paweł. – Można by usiąść na najbliższej ławce i powiedziałby nam co ma do powiedzenia. Może by się nawet ktoś przysiadł.
Czy po to zbudowano dom kultury z salą na trzysta miejsc, pomyślałem, żeby wyręczała go byle ławka? Ale Pawłowi niewarto było tego tłumaczyć. Dom kultury zbudowano u nas na wyrost, kultura miała do niego dorosnąć, niestety, stało się inaczej. Nie tylko nie dorosła, ale ustąpiła miejsca subkulturze. Na dobrą sprawę byłby to zatem dom subkultury, gdyby subkultura potrzebowała takiego domu. Ale nie potrzebowała.
Już mieliśmy niedaleko – prelegent, Paweł i ja. A zatem o cywilizacji ma mówić, a właściwie o jej upadku. Przygotowałem sobie kilka pytań na wypadek, gdyby nie wyczerpał tematu. Ostatecznie łatwiej wyczerpać temat pytaniem niż odpowiedzią. A Paweł wciąż był zmartwiony. Czego się martwisz, chłopie? Upadkiem cywilizacji? Nie takie jak nasza upadały. Muszą upaść jedne, aby mogły powstać następne. Ziemia nie wytrzyma zbyt wielu cywilizacji naraz, nie była na to obliczona.
Kiedy doszliśmy na miejsce, nawet słońce schowało się za chmurę. Dom czekał na nas okazały, obszerny, przeraźliwie pusty. Dozorca wskazał nam salę.
- Panowie na odczyt ? – wolał upewnić się prelegent
Posiedzieliśmy pięć minut w milczeniu, prawdopodobnie w nadziei, że ktoś jeszcze nadejdzie. Z pobliskiego osiedla dobiegał ryk telewizorów. Prelegent rozłożył papiery, ale wciąż jeszcze nie rozpoczynał prelekcji. Mierzył nas wzrokiem a my jego, mierzyliśmy się czas jakiś, aż Paweł zaraził go smutkiem.
- Zależy panom na tym odczycie ? – spytał wreszcie.
Pokiwaliśmy głowami.
- Nie wyjdziecie przed końcem?
Zaprzeczyliśmy.
- No dobrze.
I zaczął. Najpierw wolniutko i cicho, potem coraz szybciej i głośniej. Miał długi start, ale kiedy już się wzbił, to leciał równo i dosyć wysoko. Paweł patrzył wytężonym wzrokiem, jakby ledwie go już było widać. Główna teza, którą wznosił mozolnie i solidnie, jakby miała być fundamentem piramidy, brzmiała następująco: cywilizacje giną przez barbarzyńców. Z naszą będzie podobnie.
Gdzież ci barbarzyńcy, zaczęliśmy się zastanawiać. Przewidziawszy to, prelegent trzymał rzecz w zawieszeniu najdłużej jak się dało, po czym wyjaśnił sprawę jednym krótkim zdaniem:
- Nasza upadnie przez barbarzyńców, którzy są w nas samych. Barbarzyńca wyjdzie z każdego z nas. I z pana (wskazał na mnie), i z pana (wskazał na Pawła), i ze mnie (wskazał na siebie). Jeszcze nie wszyscy wiedzą, że kultura przegrała i jest w odwrocie, ale my trzej już wiemy.
My trzej. Zawsze lubiłem być w mniejszości, bo mniejszość częściej ma rację niż większość, co nota bene szalenie redukuje zalety demokracji, ale nie sądziłem, że kiedyś znajdę się w mniejszości tak absolutnej. Trzy osoby wobec milionowej a właściwie miliardowej większości! W tej chwili tylko przy nas był sekret barbarzyństwa. Uradowało nas to niezmiernie, Paweł zapomniawszy o smutku klepał się z radości po udach, słusznie czując, że nową myślą raduje się całe ciało, a nie tylko umysł.
Prelegent grzmiał i gestykulował, jakby miał przed sobą pełną salę a nie nas dwóch, porwanych co prawda jego elokwencją i tematem, ale przecież wciąż tylko dwóch. On jednak wiedział więcej niż my, jego słuchacze. Wiedział mianowicie, że jest nas nie dwóch, ale czterech!
Czy mam opowiadać z jakim zdumieniem patrzyłem, jak z Pawła wyszedł barbarzyńca i siadł obok? Czy mam mówić z jakim zdumieniem Paweł patrzył, jak ze mnie wyszedł barbarzyńca i siadł obok? Słońce i niewidoczne gwiazdy niech będą świadkami, że było tak jak mówię. Z prelegenta też wyszedł barbarzyńca i stanął obok.
Było nas na sali sześciu, w tym trzech troglodytów.
Jak wygląda współczesny barbarzyńca, przez którego zginie – już ginie – nasza cywilizacja? Ubrany jest modnie, a ostrzyżony u dobrego fryzjera, też oczywiście barbarzyńcy. Mówi poprawną polszczyzną, z lekka tylko zapadając na el tylnodziąsłowe. Udaje, że interesuje się wszystkim, ale w gruncie rzeczy interesuje go tylko to, co przynosi pieniądze (co łączy go z barbarzyńcą zachodnim, z czego jest bardzo dumny). Wyżej stawia źródło wiadomości niż jej treść. Fizycznie jest cherlawy, jego postawa ma wszystkie możliwe wady, ale wydarzenia sportowe śledzi na bieżąco. Picie i palenie są dla niego przejawem swobody. Kościół, sądzi, to domena polityki a nie duchowości, a już w żadnym wypadku moralności. Telewizja i magazyny kolorowe całkowicie zaspokajają jego potrzeby kulturalne. Lubi ogłuszać się muzyką rockową, co go rzekomo odmładza. Jego ulubiony temat to samochód. Gdyby nie karty, jego czas wolny byłby zbyt wolny. Podobnie jak karty traktuje kobiety, ale świadom kłopotów i niebezpieczeństw, do gry z kobietami przystępuje znacznie rzadziej. Z reguły ma nadwagę, nadciśnienie, wcześnie zaczyna łysieć. Za dowód wielkiego serca uważa posiadanie psa i rozczulanie się nad tym zwierzęciem. Zawsze na podorędziu ma pogardę, z ironią radzi sobie znacznie gorzej, bo za trudna. Zna wiele dowcipów, ale brak mu poczucia humoru. Jest zabobonny jak człowiek średniowiecza, chociaż niechętnie się do tego przyznaje. Wszystko co może, z ludźmi włącznie, traktuje instrumentalnie.
To jest, rzecz jasna, bardzo niepełny katalog właściwości współczesnego dzikusa, a nasz prelegent nawet połowy ich nie wymienił, uważając, być może zasadnie, że ważniejsza jest ilość barbarzyńców niż ich jakość. Nad tą ilością rozwiódł się ponad miarę, jeżeli można mówić o jakiejkolwiek mierze, kiedy w grę wchodzą miliardy.
Słuchaliśmy go uważnie – Paweł, ja, nasi barbarzyńcy oraz barbarzyńca, który wyszedł z prelegenta. Nie byliśmy jeszcze tłumem, daleko do tego, ale nawet taka grupka osób przyciąga następne. Weszła jakaś kobieta, usiadła, i ledwie zaczęła słuchać – już wyłoniła z siebie miło wyglądającą troglodytkę. Potem doszły jeszcze dwie osoby, pomnożone oczywiście przez dwie, tak że w sumie prelegent mógł mówić o niezłej frekwencji. Najbardziej jednak zaskoczył nas sympatycznie wyglądający jegomość, z którego wyszło, nie wiedzieć dlaczego, aż dwóch barbarzyńców!
W sumie było ich, świeżo wyłonionych, więcej niż nas, i oni też słuchali prelegenta pilniej niż my, bowiem z czasem zaczął się zwracać wyłącznie do nich, jakby nas w ogóle na sali nie było!
- Opanujecie, dzikusy, wszystko! – wołał w uniesieniu. – Niech się tylko jeden okopie w jakiejś dziedzinie – w polityce, w gospodarce, w oświacie, w religii, w nauce, w sztuce – a już robi miejsce dla następnych i następnych, aż powstanie legion! Jesteście jak rdza, a wszystko jest dla was metalem. Jesteście jak wicher powalający wszystko na drodze. Jesteście jak bagno, które pochłonie wszystko, co uda się powalić!
Dał się ponieść retoryce, mówca niewyżyty, a jego barbarzyńca potakiwał skwapliwie. Naszych rozpierała duma, to się czuło na sali, i nie mogło jej zrównoważyć ani nasze ciężkie milczenie, ani zażenowanie. Zresztą długo by im trzeba tłumaczyć czym jest zażenowanie, do nich przemawia tylko siła, a siły nam brak, bo cała poszła właśnie w nich, w barabarzyńców. Byli rdzą, wichrem, bagnem, byli morzem, pożogą, zagładą i końcem tego świata – aby mógł powstać następny.
Nagle Paweł podniósł rękę do góry.
- Jeszcze nie skończyłem! – wrzasnął prelegent. – Pytania będą, kiedy skończę.
Ale Paweł nie opuścił ręki. Trzymał ją uniesioną wysoko, a wszystkie spojrzenia zaraz do niej przylgnęły jak muchy do lepu. Patrzyli słuchacze, patrzyli barbarzyńcy, nawet sam Paweł wpatrywał się w nią ze zdziwieniem. Prelegent wprost nie mógł od niej oczu oderwać. Jego słowa powoli traciły na sile i źle trafiały do uszu, zdominowanych przez wzrok. W końcu zamilkł. Pozbierał papiery, długo je tasował, jakby to były karty, wreszcie zwrócił się do Pawła.
- Jakieś pytanie? Niech pyta.
- Kto będzie tworzyć nową cywilizację, kiedy nasza za ich sprawą upadnie? Chyba nie oni?
- A kto, duch święty? Ma się rozumieć, że oni! Coś jeszcze niejasnego?
Więcej pytań nie było. Słuchacze mieli dosyć tego, co usłyszeli, a w głowach barbarzyńców pytanie jako takie jeszcze nie powstało. Zaczęto zbierać się do odejścia. Pierwsi ulotnili się troglodyci – każdy wszedł w swojego człowieka i śladu po nich nie było. Tylko jeden się ociągał – ten, który wyszedł z prelegenta. Stał obok i patrzył na nas spode łba.
- Gdyby dać mu w łeb… – szepnął Paweł. – Byłoby o jednego mniej. – Nie można – powiedziałem. – Nie wiadomo, co by zostało z prelegenta. Poza tym co to pomoże? Nowa epoka i tak nadejdzie, lepiej z nią nie zadzierać.
Ale Pawła trudno przekonać, kiedy jest już do czegoś przekonany. Niewiele myśląc rzucił się z pięściami na barbarzyńcę. Przez chwilę trwała wymiana ciosów, po czym barbarzyńca wycofał się na swoje stałe miejsce i zniknął nam z oczu. Kiedy odchodziłem, Paweł zmagał się z prelegentem i wolno, ale wyraźnie przegrywał.

OGIEŃ

Brak komentarzy

OGIEŃ

Ach, co za ogień! Roztańczony, czerwony, zachłanny… Stoimy hipnotycznie wpatrzeni, z duszą jak on płomienną, z ciałem co by pragnęło tańczyć równie swobodnie. Najpiękniejszy, najgwałtowniejszy z żywiołów!
Nie może zagasnąć, nakazano, pilnujcie żeby płonął wiecznie, jak wieczna jest nasza idea. Takich słów nie trzeba nam powtarzać. Nawet przysięgi składać się nie godzi. Wiemy, że pokolenia marzyły o takim ogniu, że wszystko co płonęło wcześniej, od czasów Prometeusza, nie było dostatecznie płomienne, ogniste, zbawienne, to był przedogień zaledwie. Dopiero nasz ogień jest tym, co naprawdę grzeje i poddaje się ludzkiej woli.
Siadamy więc kołem przy ognisku, dumni strażnicy płomienia, od którego blask pada na całą epokę obecną, tak wielką, że historia obejdzie się bez następnych. Jesteśmy na placu rozległym, z przodu piękny park z drzewami, z tyłu okazały pałac i zabudowania pałacowe. Sama stajnia wygląda jak dwór, a ptaszarnia jak dworek. Każdy z tych budynków ma swoje miejsce w historii architektury. Wszystko to należy do nas, czyli do wszystkich. Pogoda też jest po naszej stronie: w miarę burzliwa, w miarę spokojna – ogień ma tyle wiatru, ile mu potrzeba do wysokiego tańca.
Drwa mamy równo porąbane, osobno leżą szczapy, osobno polana, a na boku kłody czekające jeszcze na przepiłowanie. Wióry też są na podorędziu. Ludzie okoliczni przychodzą pojedynczo i gromadą patrzeć w nasz płomień i wzbogacać się energią, która siłę czerpie aż z kosmosu. Podsycamy ognisko, leje się żywica, drewno trzaska, dym idzie prosto do nieba, ludzie się radują. A my dumni, że nam przypadło to szczytne zadanie. Cudzoziemcy przychodzą, i nasi z różnych stron, nas oglądają i ogień, pytają o różne rzeczy dotyczące ognia, a my odpowiadamy. Czy to ogień rozpalający, czy wypalający, pytają myśląc, że sprawi nam to kłopot.
Spłonęły szczapy, przyszła kolej na polana. Zapas opału zmalał, lecz były jeszcze kłody czekające na przepiłowanie. Popioły ludzie biorą na pamiątkę, dajemy je każdemu, a wahających się przekonujemy, żeby brali. Mamy różne argumenty. Równo ma ogień płonąć, równo, dostaliśmy dyrektywę. Poszły kłody pod piłę, potem spłonęły wióry, a później gałęzie z drzew niżej rosnące. Ale gałęzią ogień się nie naje – same drzewa parkowe też idą pod topór. Kiep, kto nie rozumie konieczności. Kiep i wróg.
Strażnicy ognia, mówią o nas, i tytuł ten oczywiście wciąż nam się należy. Jesteśmy nadal palaczami, lecz coraz więcej czasu i energii pochłania nam troska o niezbędny opał. Okazało się, że na ludzi liczyć nie można – niemal nie zdarza się, żeby dobrowolnie przynosili coś do podsycenia ogniska. Nieco zmniejszyliśmy ogień, trochę opadł płomień, lecz i ten niższy wymaga wciąż nowego paliwa.
Park jest goły, bo nie tylko drzewa, ale ławki i krzesła musieliśmy złożyć w ofierze. Wszystkie pomyślnie przeszły próbę ognia. Właściwie parku już nie ma, jest pole pałacowe, ogrodzone nieprzydatnym niestety żelastwem. Ale są jeszcze zabudowania, a w nich sporo rzeczy palnych, a nawet łatwopalnych.
Meble to jest coś, co można odtworzyć w razie potrzeby, ale po co myśleć od razu o meblach. Są w stajniach żłoby, przegrody, stryszki, są w ptaszarni grzędy, żerdzie, koryta. Na dłuższy czas starczyło, zwłaszcza kiedy dodało się wiązania dachu, progi, drzwi i futryny. Płomień był z tego piękny, o najwyższej temperaturze, jakby sam z siebie zadowolony. Wszystkim się podobał. Prawie wszystkim. Ale i to się skończyło.
Nasze spojrzenia i myśli poszły w stronę pałacu. Stary, rzecz jasna, zabytek, oczywiście, ale czyż można się wahać między przeszłością a przyszłością? Na cóż czekać, kiedy nasz ogień słabnie a dym zaczyna lizać ziemię? Wszystko ma swoją cenę i są obszary, w których cena najwyższa jest ceną najlepszą. Po dojrzałym choć krótkim namyśle uznaliśmy wyższą konieczność, zwaną też mniejszym złem, bez którego nie byłoby przecież niczego, ani ładu, ani postępu, które z kolei też są konieczne.
Pałac stał trochę dalej i droga do ogniska nieco się wydłużyła. Za to pałac jest ogromny i starczy na długo. Zaczęliśmy od lewego, południowego skrzydła, przez wieki dobrze wygrzanego w słońcu, pozbawionego wilgoci, wręcz suchego. Były kłopoty z drzwiami, futrynami, potem z parkietem, aleśmy sobie poradzili. Meble odłożyliśmy na później. Ognisko rozgorzało piękniej niż kiedykolwiek, kadzidlana woń szlachetnego drewna rozeszła się szeroko, ale ludzie przyjeżdżali zatroskani i wyjeżdżali zatroskani. Zadziwiające jest to przywiązanie do zimnej przeszłości. Po parkietach i podłogach przyszła kolej na belki stropowe, wiązania dachu, wreszcie sam dach, którego było bardzo dużo i doskonale służył naszym celom. Zdobyte przy skrzydle południowym doświadczenia bardzo przydały się przy skrzydle północnym. Została część środkowa.
Nie myślcie, że było nam łatwo. Ale ogień, który dzięki naszym wysiłkom płonął, nas samych też podtrzymywał na duchu. Nie będziemy wdawać się w szczegóły – historia nie dba o szczegóły i zużywa ich tak dużo, że już dawno przestały być ważne. Tylko człowiek, szczegół wielce szczególny, nie daje się bez śladu spalić w jej tyglu.
Pałac bardzo dopomógł nam w dziele i spełnił swoją rolę do końca. Kiedy ogień, po pięknym okresie rozwitu, znowu zaczął przygasać, pomyśleliśmy o sobie. Ale cóż my – czyż kilka wychudzonych ciał może odmienić bieg rzeczy? Każdy ogień, okazuje się, kiedyś wygasa. Patrzyliśmy, śmiertełnie znużeni, jak stygną popioły. Zrobiło się mroczno i ciemno po naszym niepowodzeniu. Prawda była taka, że nie stać nas było na taki ogień. Na żaden ogień. I że nie był to ogień wyzwalający.
Kiedy tak siedzieliśmy po ciemku, na zachodnim niebie powstała ognista łuna. Znowu ktoś rozpalił ognisko! Zaraz też powiadomiono nas, że jest to zupełnie inny ogień, przeciwny naszemu – ogień wypalający. I że z całą pewnością nas nie oszczędzi.
Czy Prometeusz wiedział co robi? Nikt tego nie wie.

Spadek

Brak komentarzy

Zawsze lubiłem meble. Lubiłem je do tego stopnia, że brakowało mi ich towarzystwa, kiedy wychodziłem z domu. W mojej długowiecznej rodzinie meble zawsze były domownikami, i to żyjącymi najdłużej. Jedna z bezdzietnych ciotek, Eliza, tak je sobie upodobała, że otworzyła nawet sklep meblarski. Mimo że więcej skupowała niż sprzedawała, sklep ten przynosił jej znaczne dochody, tak że pod koniec życia uchodziła za osobę zamożną. Koniec ten ciągnął się nota bene latami, ciotka to młodniała, to osuwała się w starość, kilka razy przedwcześnie wzywała księdza, wreszcie wezwała notariusza i to był sygnał, że zaczęła poważnie myśleć o przyszłości. Miała wielu siostrzeńców, lecz tylko jednego w jej mniemaniu sensownego. Ja nim byłem i nie widziałem żadnego powodu, żeby wyprowadzać ją z błędu. Rezultat był taki, że zostałem głównym bohaterem testamentu ciotki Elizy.

Po sporządzeniu testamentu ciotka nagle odmłodniała i zaczęła przemyśliwać, po raz pierwszy w życiu, o zamążpójściu. W jej wieku jednak podobne myśli nie służą zdrowiu, nie mówiąc już o tym , że niepokoją rodzinę. Dolegliwości, dotąd potulne, rzuciły się na ciotkę Elizę ze zdwojoną siłą. W swych listach, a lubiła je pisać, zaczęła nagle narzekać na życie, a przy okazji dostało się i śmierci. Byt jest krótszy od niebytu, pisała, a powinno być odwrotnie. Potem zaczęły nadchodzić telegramy o jej odejściu, lecz nie daliśmy im wiary.  I słusznie. Dopiero trzeci nie mijał się z prawdą. Tak, chcąc nie chcąc, zostałem spadkobiercą.

W przypadku schedy po ciotce Elizie oznaczało to tylko jedno – meble. Na początku myślałem o nich, podobnie jak o samej ciotce, z czułością. Pierwsze otrzymałem już w cztery miesiące po smutnych obrzędach pożegnalnych, po których ciotka śniła mi się co noc, chociaż za życia widziałem ją nie więcej niż pięć razy.

Przed dom, gdzie zajmuję pokój z wnęką kuchenną, zajechał wysoki i szeroki wóz meblowy, długi jak lokomotywa, wyszli z niego ludzie i otworzyli z tyłu wielkie drzwi, właściwie bramę. Od razu powiedzieli, że wszystkiego nie dało się zabrać i obrócą jeszcze raz, a może dwa razy.

- Nie dało… – powiedziałem zaniepokojony.

- Niech pan będzie spokojny – powiedział szef ekipy – przywieziemy wszystko. Co do sztuki.

Na naszej spokojnej ulicy nie było jeszcze takiego wozu, nie mówiąc o takiej ilości mebli, więc z każdą chwilą przybywało gapiów, co mnie prawdę mówiąc nie dziwiło. Oczywiście nikt nie oczekiwał, że umeblowane zostaną wszystkie domy, ale nikt też nie wyobrażał sobie, aby wszystkie te meble mogły wejść do jednego. Panowało radosne podniecenie, które nie opuściło zebranych do końca.

Najpierw wniesiono szafę-praszafę, dębową, trzydrzwiową, z lustrem, co pamiętało jak wyglądał pradziadek. Szafa, można powiedzieć, historia. Można zginąć w takiej szafie. Potem przyszła kolej na kredens, mebel ponury za dnia, a wręcz straszny w nocy, gruby i przepaścisty, rzeźbiony jak ołtarz, przesiąknięty zapachami wielu epok i skrzypiący we wszystkich możliwych tonacjach. Po kredensie wniesiono stół na szesnaście osób, cóż z tego że po złożeniu był już tylko na osiem, skoro krzeseł, krzeseł wielkich jak konie, wysokich jak trony – i tak było szesnaście… Na ten widok moje skromne mebelki skupiły się w kącie, a składane łóżko samo się złożyło! Kiedy przeszła procesja krzeseł, pojawiła się konsolka, daleka krewna otomany, która właśnie spoczęła na ramionach tragarzy. Szli z tą otomaną poważni i skupieni, bez cienia wątpliwości, że i ona da się wepchnąć do mojego pokoju. Zastawiony meblami już jej nie widziałem, słyszałem tylko skrzypienie i jęk, jakby bolesny i tłumiony pluszem.

To nie było oczywiście wszystko. Ciotka Eliza miała pianino i ono też przyjechało. Wnoszono je długo i mozolnie, a potem jeszcze dłużej wpychano do pokoju. Może gdybym był w porę wyszedł, byłoby więcej miejsca, ale nie wyszedłem, a teraz było już za późno. Słyszałem tylko jak wnoszono kolejne meble. Zegar stojący, szafkowy, łatwo rozpoznawalny po biciu, wieszak, co prawda cichy, ale wysoki bardzo, górujący nad innymi meblami, wreszcie biurko, na którym ciotka pisała testament.

Zrobiło się ciemno, bo okno zastawiono bieliźniarką, ale był chyba jeszcze dzień, bo ciągle coś wnoszono. W końcu poprzez góry mebli usłyszałem trzaśnięcie drzwi, hen gdzieś w dole warkot odjeżdżającego samochodu, i ogarnęła mnie cisza. Stałem spokojnie przez parę godzin, lecz pod wieczór zgłodniałem i nieśmiało zacząłem wzywać pomocy. Tylko meble odpowiedziały – trzaskały i skrzypiały jak tylko one potrafią – lecz była to odpowiedź odmowna. Najwyraźniej nie zamierzały mnie wypuścić.

Nastała noc, pierwsza noc spadkobiercy. Blady księżyc odbijał się w politurze i rzucał nikłą poświatę na moje drewniane więzienie. Nie ulegało wątpliwości, że byłem bogaty, w każdym razie na pewno bogatszy niż za życia ciotki Elizy. Mogłaś jeszcze pożyć, ciociu Elizo. Dlaczegoś odeszła? Te twoje mebelki mogły ci jeszcze długo służyć… Mają długie życie te drewniane stwory. W przeciwieństwie do nas, nie boją się czasu. Boją się tylko ognia. Potrafią spać całymi latami i bez końca śnić jeden sen – o lesie. Nie ruszają się o własnych siłach i jest w tym wielka mądrość rzeczy. Nieruchomość to ich natura. A teraz i ja pozostaję bez ruchu. Mogę tylko myśleć i czuć. A one? Cóż wiemy o świadomości rzeczy? Że jest nieskończenie mała? Nawet to nie jest pewne. Bezkompromisowość istnienia – oto ich siła. Przy ich istnieniu moje wydaje mi się wiotkie i niepewne. I co by o nich nie powiedzieć – czuje się w nich rękę człowieka. Wyszły spod ręki rzemieślnika artysty, nie są tworem maszyny. Jest w nich myśl, trud i staranie człowieka. Może nawet jest w nich sam człowiek, z którym potrafiłbym się porozumieć? Tylko jak? Słowem? Gestem? Nie znam psychiki mebli, nigdy nie prowadziłem z nimi dialogu. I teraz żałuję.

Przejechał nocny tramwaj i dom jak zwykle odpowiedział mu drżeniem. Na wieży kościelnej zabrzęczał nie w porę dzwon. Noc rozciągnęła się jak ciemna rzeka – rzeka stojąca. Czy będzie jakieś rano? Gdyby można było usiąść… Niestety, miejsce miałem tylko stojące. Dokoła rozpierały się moje spadkowe meble. Stały, niektóre jakby siedziały, a były nawet leżące! W sumie miały chyba więcej ruchu niż ja -ściśnięty tak, że z trudem oddychałem. Na pewno miały więcej ruchu – i wygody. Po paru godzinach, w każdym razie było jeszcze ciemno, zaczęły drętwieć mi nogi. Najpierw jedna, potem druga, może nie tyle drętwieć, co drewnieć. Czułem jak twardnieją od stopy w górę, do kolana i wyżej. Czy moje ścięgna staną się włóknami, pomyślałem ze strachem. A moja skóra zamieni się w korę? To chyba niemożliwe! Ale mogę okryć się sklejką, ciemnym lub jasnym fornirem, nasiąknąć pokostem czy politurą. To jest bardzo realne.

Moje myśli uspokajały się i jedna po drugiej uchodziły gdzieś w głąb ciała. Powoli gasło poczucie niewygody. Ciało wytracało swoje potrzeby – nie chciało już pić ani jeść, nawet powietrze nie było mi specjalnie potrzebne. Próbowałem powiedzieć coś na głos, ale z gardła wydobył się jakiś suchy stukot, i to było wszystko. Nie było mi przyjemnie ani nieprzyjemnie, ani zimno ani ciepło, raczej twardo niż miękko, bardziej sztywno niż wiotko, a do mebli poczułem nagły przypływ sympatii. A noc wciąż trwała.

Czymże jest ciało w porównaniu z meblem, myślałem leniwie. Jest tak słabe i podatne na wszelkiego rodzaju uszkodzenia, że na dobrą sprawę powinno być stale opakowane. Zwłaszcza podczas transportu. Tylko meble mogą bezpiecznie pozwolić sobie na swoją wspaniałą nagość. Grozi im co najwyżej zakurzenie. Ale ja również już nie boję się kurzu. Niech spada, niech osiada – na twarzy, na ramionach, na włosach. Kurz domowy, ziemski i kosmiczny. Mam prawo do kurzu jak każdy mebel. Robi się szaro na zewnątrz, a może tylko we mnie.

Lekko wygięły się moje ręce i tak zastygły. Można na nich coś zawiesić. Obok stoi podobny wieszak, jest jednak, muszę przyznać, lepiej ode mnie pomyślany. Ma miejsce na parasol, a ja niczego takiego nie mam. Jest wyższy i bardziej funkcjonalny. Gdybym miał wybierać spośród nas dwóch, oczywiście wybrałbym jego. Ale nie pokazuje mi swojej wyższości. Skromny jest, a wobec mnie wręcz przyjazny. Czuję, że się polubimy. Przejeżdża pierwszy tramwaj. Nie słyszę go, nie potrzebuję już słyszeć, po prostu całym ciałem wyczuwam drżenie ulicy i domu. Wszyscy drżymy, to znaczy wszystkie drżymy. Zwrot „całym ciałem” to oczywiście przenośnia.

Ciało stało się szczęśliwie przedmiotem. A na początku było podobno słowem. Jakże daleka jest droga ku nieśmiertelności! Droga, na którą wszedłem szczęśliwym zrządzeniem losu. I niech mi nikt nie mówi, że przedmioty nie mają świadomości. Ja mam i wiem, że inne też mają. Być może mają także podświadomość i nadświadomość, ale to będę wiedział, kiedy się lepiej poznamy. Bo nie wątpię, że to nastąpi. Ostatecznie wszystkie należymy do jednej rodziny. One pochodzą z domu ciotki Elizy, a mnie z tym domem łączyły kiedyś więzy krwi.

Świt wolno wszedł do pokoju i rozświetlił całe meblowe bogactwo. Moje myślenie stawało się odczuwaniem. Ostatnie myśli skierowałem z wdzięcznością ku ciotce Elizie. Może i ona gdzieś tu stoi? Może Bóg mebli zabrał ją do siebie? Dzięki ci, moja droga. Sprawiłaś, że odtąd moje życie potoczy się inaczej. Czym się stanę? Nie wiem. Na razie jestem spadkiem.

Powered by WordPress Web Design by SRS Solutions © 2017 henryk-bardijewski Design by SRS Solutions