Wiosną przyjechałem do R. i od razu chcąc nie chcąc wpadłem w życie salonowe. W mieście, po likwidacji placówek kulturalnych, upadku jedynego wydawnictwa i jedynego teatru, salony zaczęły odgrywać, jak mi powiedziano, znaczącą rolę. Przyjmowano w kilku domach niemal we wszystkie robocze dni tygodnia, a w niedzielę prowadziła salon, bardzo zresztą ekskluzywny, plebania.
Na początek zostałem wprowadzony do dwóch salonów, co od razu wzbudziło niezadowolenie dwóch innych, a w pozostałych, z plebanią włącznie, zostało przyjęte z ironią graniczącą z szyderstwem. Jak się prędko zorientowałem, między salonami trwała ostra walka o gości, tym większa, że uczestnictwo w jednych salonach wykluczało drugie, a dwa najbardziej wpływowe wymagały od swoich bywalców wyłączności.
Skarżył się na to gospodarz drugiego odwiedzonego przez mnie salonu, mecenas Olza.
- Rzecz polega, drogi panie, na szczupłości elit. I na ich wieku. Starzy się wykruszają, a dopływu młodych prawie nie ma. Do mojego salonu wszyscy jeszcze przychodzą o własnych siłach, ale do innych trzeba ludzi dowozić. Poza tym koszty. Pan nie wie, ile dzisiaj kosztuje prowadzenie salonu! Bo już nie wystarczy jak kiedyś kawa, herbata i ciasteczka – ludzie domagają się zagranicznych trunków, a nawet gorących kolacji! I to nie byle jakich. Dzisiaj na przykład będą u nas serca duszone w sosie bengalskim.
- Co to za sos? – pytam, bo lubię sosy.
Mecenas zafrasował się przez chwilę. Nie był przygotowany na to pytanie.
- Prawdę mówiąc, nie wiem. Ale brzmi dobrze, prawda? Sos bengalski. Ludzie nawet nie podejrzewają, w jak dużej mierze sztuka kulinarna jest sztuką słowa. Gdyby nie powstał odpowiedni język, nic by nam nie smakowało. Smak słowa, oto co się liczy w każdej dobrej kuchni. A co pan jadł u konkurencji?
- Nic nie jadłem. Kiedy przyszedłem, wszystko już było zjedzone.
Mecenas Olza roześmiał się, jakby usłyszał świetny dowcip. Dla odmiany do jego salonu przyszedłem za wcześnie i nie tylko jeszcze nie było zapowiadanych serc w sosie bengalskim, ale i gości, którzy by docenili to danie. Mecenas daremnie spoglądał co chwilę na drzwi – doczekał się jedynie małżonki, która wyszła z kuchni, cała okryta szalami, jak to jest ostatnio w modzie.
- O, już mamy pierwszego gościa! – uśmiechnęła się promiennie.
- Ale nie ma następnego – mruknął mecenas. – Kto poza nami dzisiaj przyjmuje?
- Chyba państwo Warsowie – powiedziałem. – Może tam wszyscy poszli. Ale tam jest tak nudno, że długo nie wytrzymają i na pewno przyjdą do państwa.
- Nie potrzebujemy znudzonych gości – rzekł mecenas. – Nasz gość powinien być świeży i wypoczęty. Świeży, wypoczęty i wyspany. Tak jak pan.
Prawdę mówiąc, wyspany wcale nie byłem, bowiem poprzedni salon, u znanej z piękności pani L., przeciągnął się do rana i zakończył sutym śniadaniem, do którego nota bene dotrwało bardzo niewielu gości, właściwie poza mną nie dotrwał już nikt. Ale tego wolałem nie ujawniać – starałem się tylko nie ziewać, co na początku się udawało, lecz potem było gorzej, tym bardziej że pan domu, mecenas Olza, sam zaczął ziewać, a później ziewaniem zaraził małżonkę. Mimo to rozmowa toczyła się gładko, a to głównie dzięki towarzyskiemu obyciu i ogromnemu doświadczeniu obojga gospodarzy salonu.
- Już dawno chcieliśmy przejrzeć listę gości – wyznała mecenasowa. – Powinniśmy odmłodzić nasz salon, odświeżyć. Pan nie ma pojęcia jak bardzo ludzie potrafią być nudni. Weźmy takiego Pokrota, bądź co bądź radnego. Przychodzi od miesięcy, za każdym razem siedzi bite trzy godziny, a jeszcze nigdy ust nie otworzył! Rozumiem, pasjonat milczenia, i dla takich jest miejsce na świecie, ale trzeba powiedzieć, na jaki temat się milczy. Nie wiemy, czy on jest z prawicy czy z lewicy, czy za końcem czy za początkiem, za życiem na ziemi czy w niebie, no kompletnie nic nie wiemy!
- Skreślić! – rzekł Olza. – Już go więcej nie chcę oglądać. Ten człowiek, niech pan sobie wyobrazi, skarżył się kiedyś, że u nas nie można swobodnie rozmawiać! Że nasz salon nie jest dość liberalny! A że można swobodnie i dowoli pomilczeć – tego nie zauważył! Koniec z nim. Niech sobie chodzi milczeć gdzie indziej!
- Ja skreśliłabym także Masalskiego – powiedziała mecenasowa. – Tego, co podaje się za redaktora. Niby wciąż jeździ za granicę, ale innych salonów nigdy nie opuszcza, tylko nasz. Kiedy wypada nasz dzień, on rzekomo siedzi w Paryżu, albo w Londynie! Ale jego opowieści nigdy nie wychodzą poza opis dworca. I to naszego. I wciąż powtarza ten sam banał: świat do dworzec, pociąg na Zachód już odjechał, my zostaliśmy na peronie, następny odchodzi do Trzeciego Świata. No niech pan powie, ile razy można tego słuchać?!
- Skreślić! – zawołał mecenas. – Jak zmieni rozkład jazdy, to zobaczymy. I niech przestanie kłamać, że jest redaktorem. Raz napisał jakiś paszkwil i już redaktor! Tu jeden paszkwil nie wystarczy, mój panie Masalski. Żeby zdobyć nazwisko i pozycję, jeden to za mało!
- Profesor Podgórska też mogłaby już nie przychodzić – przypomniała sobie mecenasowa. – Ona ma tylko dwóch studentów, a bez przerwy mówi o pełnej sali. Nasz salon bywa pełniejszy niż jej aula! I żeby to chociaż byli doktoranci… To są, po prostu, proszę was, repetenci!
- Poza tym ja od kobiet w salonie wymagam urody – rzekł mecenas. – I to urody kobiecej. A tymczasem pani profesor raczej przypomina brzydkiego mężczyznę. Możemy ją spokojnie skreślić.
Potem gospodarze, nie ufając pamięci, wyciągnęli z szuflady listę gości i na niej zaczęli dokonywać skreśleń. Czystka objęła wszystkie sfery, kobiety i mężczyzn, osoby młodsze i starsze, ze szczególnym uwzględnieniem sędziwych. Ja uchowałem się prawdopodobnie tylko dlatego, że nie było mnie jeszcze na liście. Zajęta selekcją pani domu zapomniała o duszonych sercach, które spaliły się na skwarki i nie nadawały się do podania ani z sosem bengalskim, ani z żadnym innym. Prawdę mówiąc, nie było też komu ich podać, bo poza mną do końca wieczoru nie pojawił się nikt więcej, co gorsza, sam gospodarz, mecenas Olza, wyszedł na wieczorny spacer i długo nie wracał. Było to podobno nietypowe, lecz mimo to poczułem się dotknięty, w przeciwieństwie do mecenasowej, która lubiła, jak mi wyznała w zaufaniu, prowadzić salon samodzielnie.
Mecenas wrócił zadowolony.
- U Warsów też pusto! – zawołał od progu. – My chociaż mamy pana, nową twarz, a oni nawet starej nie mają! Pan jako nietutejszy liczy się potrójnie, jak trzy osoby tutejsze!
- Nawet poczwórnie – dodała mecenasowa, również bardzo zadowolona. – Ale gdzie się wszyscy podziali? Czyżby pojawił się jakiś nowy, dotąd nieznany salon?
- A to jest bardzo możliwe – powiedziałem – że są w mieście także dzikie salony. Utajnione. W ogóle utajnienie, częściowe lub całkowite, to najlepsza recepta na sukces. Salonowe podziemie – oto, co by miało dzisiaj sukces!
- Słyszał pan o czymś takim? – spytała mecenasowa z błyskiem w oku.
- Ja o wszystkim słyszałem – odparłem. – Nawet o takim salonie, którego bywalcy są na pensji. Nie muszę dodawać, że nigdy nikogo w nim nie brakuje, a poziom rozmów jest bardzo wysoki, bo gospodarzom udało się pozyskać, a właściwie zatrudnić, kilku profesorów uniwersytetu.
- To u nas? – zdziwił się mecenas. – Sam bym się w takim salonie zatrudnił. Choćby jako stażysta.
- Ale słyszałem też o salonie – mówię – w którym obowiązują opłaty za wstęp, coś w rodzaju wadium. Jak z tego widać, prawa rynku nie omijają nawet salonów.
Zacząłem się żegnać, bo i tak zasiedziałem się dłużej niż wypadało.
- I gdzie pan teraz pójdzie? – zmartwiła się mecenasowa.
- Do domu – uspokoiłem ją.
- Nie do innego salonu?…
- Do domu – powtórzyłem.
I tak było w istocie. Ale tego wieczora nie dane mi było odpocząć. Ledwie przekroczyłem próg mieszkania, pojawili się pierwsi goście! Nikogo nie zapraszałem, a mimo to goście przychodzili jedni za drugimi, w pojedynkę, parami, znajomi, nieznajomi, młodzi, starzy, w cywilu, w mundurach, a ktoś przyszedł nawet z kotem. Okazało się, że prowadzę salon wcale o tym nie wiedząc. Salon, jak powiedział któryś z gości, będący kuźnią idei. Kiedy rozsiedli się i napili, zacząłem zabawiać ich rozmową. Ktoś włączył telewizor, ale natychmiast go wyłączono. Ludzie – to się czuło – mieli dosyć ludzi z ekranu. I dosyć rozmów o tym, co pokazuje telewizja. Mówiono głównie o salonach. Ja też mówiłem o salonach. Właściwie wszyscy mówili o salonach. I dziwna rzecz, o wszystkich – poza jednym – mówiono źle. Nawet ja mówiłem źle. Nikt nie wie naprawdę, do czego służy salon. Może dlatego wciąż trwa.

xxx xxx xxx