Jeszcze o dziewiątej obawiano się, czy manifestacja dojdzie do skutku – o dziesiątej już było wiadomo, że pochód będzie imponujący. Dzień był pogodny, ptaki latały wysoko, ludzie zasiadali w oknach i na balkonach. Grzegorz ma lat siedemdziesiąt pięć, ja jestem o rok starszy – młodszych od nas się nie widziało.
- Wygląda na to, że jesteśmy najmłodsi – powiedziałem, patrząc na stojących wokół manifestantów.
Siwych głów było więcej niż łysych, może zresztą dlatego, że przyszło wyjątkowo dużo kobiet i wciąż dochodziły nowe. Takiego zgromadzenia starości nie widziało jeszcze żadne miasto, pomyślałem, a Grzegorz nawet to powiedział.
- Nasz protest – dodałem – odbije się głośnym echem w całym świecie. Popatrz tylko, ile zjechało ekip telewizyjnych i radiowych!
Rzeczywiście filmowano nas bez przerwy, podsuwano też mikrofony, abyśmy sami mówili, jakby mało było tego, co mówiły transparenty.
- Najpierw chyba pójdziemy pod ministerium zdrowia – rzekł stojący obok nas krzepki starzec z kolczykiem w uchu.
- Ja bym maszerowała od razu pod parlament -odezwała się staruszka w dżinsach i skórzanej kurtce.
- Po drodze jest siedziba premiera – przypomniał Grzegorz.
- Czy będziemy rzucać petardy? – dopytywał się ktoś na wózku.
Wiele osób mówiło, lecz mało kto słyszał. Lepiej było z widzeniem, ale też nie za dobrze, bo wciąż witano mnie jak znajomego, chociaż poza Grzegorzem nie znałem nikogo. Dokoła łykano jakieś pigułki i popijano wodą. Ktoś przemawiał, ale głośnik chrypiał i nic nie można było zrozumieć.
- Skąd oni wzięli taki stary głośnik? – dziwił się starzec z kolczykiem w uchu.
Wreszcie ruszyliśmy. Byle nie za prędko, wołano z tyłu. Byle nie za wolno, wołano w przodzie, to pochód nie kondukt. Wiele osób niosło parasolki. Od deszczu, słońca i policji, mówiono. Ale policjantów jakby w ogóle nie było. Jeżeli gdzieś są, mówiono, to po cywilnemu i tak starzy, że nikt ich nie odróżni od naszych manifestantów. Od czasu do czasu z balkonów rzucano nam jakiś kwiatek. Czoło pochodu doszło do katedry i tam przystanęło.
- Nie zatrzymywać się przed katedrą – padł rozkaz nie wiadomo skąd.
- Dlaczego nie – obruszył się Grzegorz. – Ja bym katedry nie pomijał. Bóg nas widzi gdziekolwiek jesteśmy, ale nie można tego powiedzieć o Jego ludziach. Jeżeli nie wejdziemy im w oczy, to nas nie zobaczą.
- Nie zatrzymywać się! – powtórzono rozkaz i pochód ruszył dalej.
Żebrak spod katedry długo się wahał, pójść z nami czy nie, ostatecznie został – żywa, należąca do budowli rzeźba. Zresztą był za młody. Tuż obok katedry jest więzienie – tu nikt nawet nie zwolnił. Pomknęliśmy od razu pod ratusz. Tam już czekał mer miasta i jego rajcy, a na stronie, na wszelki wypadek, jacyś młodzi cywile w kominiarkach.
- Czy będziemy rzucać jajkami? – dopytywał się ktoś na wózku.
- Można by podpalić oponę – rzekł Grzegorz. – Gdyby ktoś pomyślał o oponie.
Ale nikt nie pomyślał. W ogóle pochód nie był dobrze przygotowany. A przecież niektórzy szykowali się do niego po osiemdziesiąt i więcej lat. Starość, przeciw której wyszliśmy na ulicę, sprawiła że zapomniało się niejedno, nie pomyślało o drugim, wiele rzeczy niesłusznie zlekceważyło. Na przykład przemówienia. Mówców mamy lichych, bez głosu, nierzadko bez zębów, a do tego kłótliwych i gadatliwych ponad miarę. Ale tym więcej jest powodów do protestu. Nie godzimy się na taką starość, a część z nas nie godzi się na żadną i to należy władzom jasno i dobitnie powiedzieć.
Znając naszych mówców, napisaliśmy z Grzegorzem memoriał, co wszystkich podniosło na duchu. Memoriał zawsze robi dobre wrażenie i tym razem też zrobił. Mer przyjął go z zadowoleniem, szybko przejrzał i obiecał poparcie, nie ukrywając jednak, że sprawa jest trudna.
- Z kulturą można sobie poradzić – zwrócił się osobiście do najbliżej stojących manifestantów – ale w waszym przypadku w grę wchodzi natura. Starzenie się to jej domena. Naciski na naturę są jak dotąd mało skuteczne, ale będziemy próbować.
- Jak na niego, to i tak dużo – skomentował Grzegorz, który znał mera i jego niechętny stosunek do wszelkich manifestacji.
Potem ruszyliśmy pod siedzibę rządu. Aleja prowadziła pod górę, wiele osób osłabło, inne zaczęły odstawać i pochód stracił swój impet. Grzegorz jako najmłodszy i najsilniejszy mimo woli znalazł się na czele, a ja chcąc nie chcąc tuż za nim. Kroku dotrzymywały nam kobiety, wytrzymalsze od mężczyzn, również osoby na wózkach radziły sobie nadspodziewanie dobrze.
- Precz ze starością! – wznoszono słabe okrzyki, chociaż to samo można było przeczytać na transparentach.
- Trzeba było protestować znacznie wcześniej – narzekał Grzegorz. – Kiedy byliśmy młodzi. Dzisiaj sprawy już zaszły za daleko.
Miał na myśli głównie nasze organizmy, w których czas poczynił znaczne spustoszenia, lecz także naszą psychikę, bardzo już sztywną i mało podatną na zmiany, jeżeli nie liczyć postępującego zaniku pamięci. Nawet mnie zdarzało się raz po raz zapominać gdzie i po co idziemy, a cóż dopiero starszym ode mnie. Gdyby nie transparenty, mało kto by pamiętał z czym i o co walczymy
- Precz z zanikiem pamięci! – krzyczały kobiety, a mężczyźni wołali: – Sklerozie stop!
Gapiom stojącym na chodnikach wręczano ulotki. Wszystkie potępiały starzenie się organizmów – przede wszystkim ludzkich, ale braliśmy też w obronę zwierzęta. Starość jako taka, głosiły ulotki, powinna być wyeliminowana z życia społecznego, co najwyżej można by się starzeć za karę, w rezultacie prawomocnego wyroku sądowego. Ludzie z ochotą czytali nasze ulotki, a potem zachowywali je na pamiątkę.
Przed siedzibą rządu było pusto, jakby rząd wyjechał za granicę. Oblać ich farbą, radził starzec z kolczykiem w uchu, ale farby nikt nie miał. Na pierwszym piętrze ktoś wyglądał zza firanki. Czyżby premier? Nikt do nas nie wyszedł, ani stary, ani młody, nawet policji nie było, co by nas rozgoniła. Kompletne lekceważenie! Inna sprawa, że rząd był świeży, jeszcze wszystkich ministrów dobrze nie policzył, a koalicja, na której się wspierał, właśnie się rozpadała. Ale co nas to, starych, obchodzi? Nasza sprawa jest ponadczasowa.
Już mieliśmy, pełni niesmaku, spod gmachu odmaszerować, kiedy uchylono drzwi i wyszedł jakiś wiceminister. Na memoriał ani spojrzał, znam go, powiedział, na pamięć, wasza sprawa jest słuszna i będzie załatwiona. Skąd znał memoriał, nie wiadomo, widać odpowiednie służby pracują lepiej niż sądzimy. Albo się Grzegorz wygadał, albo ja, nikt z nas niczego nie pamięta – od takich ludzi jak my lepiej się trzymać z daleka. A wiceminister nie wzbudził zaufania. Że nasza sprawa jest słuszna, to sami wiemy – ale że będzie załatwiona?… Nowy rząd obieca wszystko, żeby utrzymać się przy władzy. Z likwidacją biedy nie może sobie poradzić, a cóż dopiero kiedy w grę wchodzi starość…
Rozstaliśmy się chłodno i ruszyliśmy pod parlament. A tam tłok. Najlepsze miejsca na trawniku zajęte przez inne manifestacje. Przejechali protestować nauczyciele, leśnicy, lekarze, stoczniowcy, filmowcy, rybacy, policjanci, pszczelarze, studenci i aktorzy. Do nich przeszły też od razu wszystkie media – przy nas nie został ani jeden dziennikarz. Nadciągały podobno kopalnie i przemysł zbrojeniowy. Budynek parlamentu widzieliśmy z daleka, to znaczy widział, kto miał lepszy wzrok. Hałas był okropny. Posłowie to wychodzili, to uciekali, potem znów wychodzili i znów uciekali, do nas w każdym razie żaden nie dotarł. To samo z senatorami.
- Tu nie wskóramy niczego – orzekł Grzegorz. – Inne manifestacje powinny nam ustąpić miejsca, bośmy najstarsi, ale kto dzisiaj ma szacunek dla siwej głowy…
Spojrzał na mnie i nagle zamilkł. Ja też byłem zaskoczony jego widokiem. Nie był już siwy, a jego twarz wygładziła się i pojaśniała.
- Gdzie twoje zmarszczyki? – zapytałem.
- A gdzie twoje?
Rozejrzeliśmy się dokoła. Nigdzie siwego włosa, twarze świeże, młode, tyle że bardzo zdziwione. Tylko transparenty zostały te same – jakże nie pasujące do naszego wyglądu! Manifestanci patrzyli na siebie z niedowierzaniem, słyszało się okrzyki przestrachu, zwłaszcza kobiety odczuwały zaniepokojenie nagłą przemianą. Mężczyźni odrzucali laski, kilka osób wstało z wózków. Ludzie z sąsiednich manifestacji zaczęli nam się przyglądać podejrzliwie.
- A wam o co chodzi? – spytał jakiś stoczniowiec.
- Protestowaliśmy przeciwko starości – wyjaśniłem.
- No i co?
- Poskutkowało.
- No widzicie – rzekł stoczniowiec. – Jak się mocno na nich naciśnie, to zawsze ustąpią. Boją się manifestacji ulicznych. Każda władza się boi.
No tak, pomyślałem, ale to nie oni ustąpili. Nie ta władza. Znacznie wyższa. Ta, do której dotąd zanosiło się tylko modły. Która dotąd znała jedynie procesje, nie pochody. Która, jak sądziliśmy, nie boi się nikogo ani niczego.
- Rozchodzimy się i spokojnie wracamy do domu – rozkazano. – Transparenty zabrać ze sobą, mogą się jeszcze przydać – jeżeli nie nam, to komu innemu.
Początkowy przestrach ustąpił miejsca radości. Żegnano się pośpiesznie, każdy jak najprędzej chciał znaleźć się w domu, stanąć przed lustrem, obejrzeć dokładnie twarz i całe ciało, pokazać żonom, mężom i rodzinie. Po drodze spotykaliśmy starych ludzi, ale byli to tylko ci, którzy nie brali udziału w manifestacji.
- A mówiłem żonie – martwił się Grzegorz – przyłącz się do protestu, chodź z nami… A ona – nie. No to teraz ma. Padnie jak mnie zobaczy.
- Moja nie – powiedziałem. – Ja już takie numery wyprawiałem, że niczemu się nie dziwi. Przyzwyczajona jest do ekscesów.
- Do twoich tak, ale nie do ekscesów nieba – rzekł Grzegorz. – Do tego nikt nie jest przyzwyczajony. Zdaje się, że wymusiliśmy coś, co nie jest zgodne z naturą. Jak ty wyglądasz? Jak gówniarz. W twoim wieku… Ja też, zdaje się, nie wyglądam zbyt poważnie. O innych nie mówię, bo mało mnie obchodzą. A jak raz naruszy się porządek natury, to trudno skończyć. Porządek nie lubi nieporządku. Sprawa nawet niebu może wymknąć się spod kontroli.
Taki jest Grzegorz. Protestować protestuje, a kiedy przychodzi ponieść konsekwencje, to piętrzy obiekcje. A przecież trudno pogodzić się ze starością. Mieliśmy patrzeć bezczynnie jak starość coraz bardziej zagarnia nasze życie i czyni z nas swoich niewolników? Co do mnie uważam, że racja była po naszej stronie i gdyby jeszcze raz przyszło mi wziąć udział w podobnej manifestacji, to nie wahałbym się ani przez chwilę.
W domu obyło się bez specjalnych powitań. Żona udała, że niczego nowego nie widzi, pozostali domownicy w ogóle na mnie nie spojrzeli. Coś przełknąłem i poszedłem wcześnie spać. Spałem długo, lecz niespokojnie, a kiedy się obudziłem i spojrzałem w okno, zobaczyłem zadeszczone szyby i pochmurne niebo. Pierwsze kroki skierowałem do lustra. Zapaliłem światło, żeby lepiej widzieć. Zobaczyłem siwego starca, dokładnie takiego, jakim byłem poprzedniego dnia rano. Z Grzegorzem jest na pewno podobnie. Krótko trwało nasze zwycięstwo, ale tak jest z większością zwycięstw.
Kiedy się wypogodzi, pójdziemy dalej zwyciężać.

xx xx xx