Budynek był wystawiony na sprzedaż, ale nikt nie chciał go kupić. Starsi byli z tego zadowoleni, młodych rzecz nie interesowała. Tylko starsi pamiętali, że kiedyś mieściło się tu kino. Jeszcze starsi utrzymują, że przed kinem był fotoplastykon, ale nie ma pewności, czy w tym samym domu, czy obok. Ostatnio urządzono tu magazyn, wielkie samochody przywoziły pudła z telewizorami, a podobno zdarzały się też komputery. Dlatego też budynek był dobrze strzeżony, i to nie przez emerytów, ale przez młodych, uzbrojonych osiłków. Potem jednak, po zlikwidowaniu magazynu, ochrona wycofała się i wchodził do środka kto chciał.
Ja nie wchodziłem. Nie mam zwyczaju wchodzić do pustych, opuszczonych budynków. Ale mój przyjaciel Edward nie widział w tym nic niestosownego.
– Nie lubisz chodzić do kina? – zapytał.
– Kiedyś lubiłem. Ale kino się skończyło. Nie ma już filmów, które chciałbym oglądać. Nie chcę oglądać tego, co dzisiaj pokazują, ani nie chcę siedzieć w jednej sali z tymi, którzy to oglądają. Nie zamierzam być częścią dzisiejszej publiczności. Ja w ogóle, trzeba ci wiedzieć, nie pasuję do czasu, w którym przyszło mi żyć. Jestem człowiekiem starej daty. Bardzo starej. Sprzed wieków.
Edward pokiwał głową ze zrozumieniem, po czym bez słowa wziął mnie pod rękę i pociągnął w stronę dawnego kina.
- Chodź, będzie ci się podobało.
Co tu może się podobać? Budynek kina odrapany był na zewnątrz, pisał po nim i malował kto chciał, niestety, nikt utalentowany. W środku było jeszcze gorzej. Połamane krzesła, pozrywane przewody, scena zdewastowana, podłoga w wielu miejscach dziurawa. Po ekranie nie było śladu, mur z odpadającym tynkiem, po bokach dwie kolumny, które niczego nie podtrzymywały. Litościwy półmrok skrywał gorsze rzeczy. Edward czuł się jednak w tej scenerii nadspodziewanie dobrze.
- Spędziłem tu wiele przyjemnych godzin – powiedział ściszonym głosem, jakbyśmy byli w kościele. – Niemały kawałek życia.
- Ale to już przeszłość – mówię. – Odległa.
- A ty jesteś pewny, że przeszłość istnieje w jakiś inny sposób niż teraźniejszość? Że jest mniej obecna? Przeszłość, jeśli chcesz wiedzieć, jest już we mnie, a teraźniejszość dopiero wchodzi i jeszcze nie wiadomo czy wejdzie. Przeszłość mogę przywołać kiedy chcę, a z przyszłością sprawa jest bardziej skomplikowana. Niby przychodzi sama, nieproszona – ale jaka? W pierwszej chwili w ogóle nie wiadomo jaka, dopiero po pewnym czasie, kiedy przekroczy granicę, która dzieli ją od przeszłości, dowiadujemy się, co to właściwie było. Siadaj, seans zacznie się za kwadrans.
Wyciągnął z kąta jakieś składane krzesła, przetarł je szmatą i rozstawił w miejscu, gdzie kiedyś stał pierwszy rząd. Usiadłem, bo lubię siedzieć, ale nie spodziewałem się niczego, co by mi sprawiło przyjemność. Edward, przeciwnie, minę miał zadowoloną, jakby zrobił jakiś dobry interes. Pod wysokim sufitem latały jaskółki, poza tym panowała cisza, miasto ze swoim szumem z trudem przenikało przez grube mury.
- Co się zacznie za kwadrans? – zapytałem po chwili. – Seans?
- Tak – odparł Edward. – Zaraz zaczną schodzić się ludzie. Wstęp jest bezpłatny.
- Spodziewam się – mówię. – Za co tu płacić?
- Na razie bezpłatny, z czasem wprowadzi się opłaty i to wcale niemałe. Być może pojawią się przed kinem koniki.
- Tak, ale może powiesz mi wreszcie co będzie wyświetlane i gdzie?!
- Nic nie będzie wyświetlane – wyjaśnia spokojnie Edward. – Przecież tu nie ma ekranu ani aparatury. Widzisz tu coś takiego?
- Nie.
- No właśnie. Tu nie ma nic do oglądania.
Kiedy to mówił, wszedł do kina starszy pan w ubraniu sprzed czterdziestu lat, lecz mało używanym, na oko zupełnie nowym, pozdrowił nas i usiadłszy na rozkładanym krześle pogrążył się w lekturze programu filmowego sprzed lat. Chwilę po nim przyszła pani w jego wieku, w dużym kapeluszu, który natychmiast zdjęła, jakby bała się, że komuś zasłoni widok. Włosy miała piękne i pachnące, w kolorze mahoniowym, a w nich grzebień z masy perłowej, zapewne bardzo stary. Potem przyszły dwie osoby identyczne, bliźniacze, płci tej samej lecz nie określonej wyraźnie, płci w domyśle. Potem jeden mężczyzna bardzo męski i bardzo stary, wreszcie kobieta dosyć prosta w ubiorze i obejściu, pod czym mógł się kryć jakiś tytuł szlachecki, a może i arystokratyczny. Wszyscy usiedli blisko nas, tak blisko, że usłyszeliby szept, gdyby komuś przyszło do głowy szeptać. Ponieważ nikt więcej nie nadchodził, domyśliłem się, że publiczność jest już w komplecie.
Wszystkie te osoby znały się, wymieniały ukłony i jakieś słowa, lecz po chwili nastała pełna oczekiwania cisza, słychać było tylko przelot jaskółek pod sufitem i dalekie odgłosy ulicy. Edward spojrzał na panią, która zdjęła kapelusz i ona też zabrała głos.
- Dodatku dzisiaj nie będzie, drodzy państwo, bo film mamy długi, przekroczylibyśmy normalny czas seansu, a tego chciałabym uniknąć. Przeniesiemy się, moi drodzy, do Wiednia, tego pięknego Wiednia sprzed pierwszej wojny światowej. Jest wielka sala balowa, przystrojona kwiatami, z orkiestrą we frakach grającą walca. Pary kołują jak w transie, panowie z jedną ręką z tyłu, panie z odrzuconymi głowami jakby w omdleniu, na wszystkich ustach uśmiechy. Zbliżenie na jedną z par. To tańczy ulubieniec kobiet, modny malarz Heideneck, a jego partnerką jest piękna Gerda, żona sławnego chirurga. Przyciąga ją do siebie bardziej niż by taniec tego wymagał i szepcze do ucha prośbę malarza: pozuj mi, piękna pani, pozuj mi do aktu. W pierwszej chwili Gerda odmawia, lecz po krótkim wahaniu zgadza się. I oto jesteśmy w pracowni malarza, gdzie piękna Gerda pozuje do aktu. Za cały jej strój służy maseczka i długie czarne rękawiczki. Malarz jest zachwycony modelką, a jeszcze bardziej swoim dziełem, które rychło trafia na wystawę. Obraz budzi sensację i rozliczne domysły, kto jest zamaskowaną pięknością.
Wszyscy słuchali z zapartym tchem, lecz ja miałem wątpliwości. Ryzykując, że zostanę przywołany do porządku, nachyliłem się do ucha Edwarda i powiedziałem jak mogłem najciszej:
- Czy to na pewno jest wartościowy film?
- Na pewno. Ona bezwartościowych obrazów nie opowiada.
- A jednak ja wolałbym na przykład coś Bergmana. Czy nie mogłaby opowiedzieć „Siódmej pieczęci”? Albo „Tam, gdzie rosną poziomki”?
- Było w zeszłym tygodniu. Dzisiaj jest nieco lżejszy repertuar. Ale też dobry. Nie gadaj tyle – w połowie filmu będzie przerwa.
Kobieta spojrzała na mnie z wyrzutem, po czym podjęła swoją opowieść na nowo.
- Ludzie na wystawie snują domysły. Niektórzy podejrzewają, że piękność na obrazie to dawna kochanka malarza, obecnie zaręczona z bratem chirurga. Plotka się rozchodzi i dociera do lekarza. Ten składa wizytę malarzowi i żąda wyjaśnień. Jak wyjść z kłopotliwej sytuacji? Powiedzieć kim jest modelka? Heideneck nie wiele myśląc podaje mu pierwsze lepsze zmyślone nazwisko. Ale nie ma już wolnych nazwisk. Przypadek sprawia, że nazwisko to nosi panna Dur, młoda i uczciwa dama do towarzystwa pewnej artystokratki, która w ten sposób zostaje wciągnięta do intrygi.
Zauważyłem, że większość słuchających ma zamknięte oczy, więc i ja swoje przymknąłem. W pierwszej chwili niczego nie zobaczyłem, lecz potem pod moimi powiekami zaczęły pojawiać się biało- czarne obrazy. Czyżby inni widzieli to samo? A może każdy oglądał coś innego?
- I znów mamy bal, proszę państwa. Arystokratyczna dama zabiera ze sobą pannę Dur, która przyciąga oczy wszystkich mężczyzn, a przede wszystkie malarza Heidenecka. Tańczą ze sobą i rozstać się nie mogą – wkrótce połączy ich miłość. Ale malarz to mężczyzna z bogatą przeszłością. Oto pojawia się jego zazdrosna dawna kochanka Anita. Pojawia się z rewolwerem w ręku. Strzela i rani artystę, który trafia w ręce sławnego, znanego nam chirurga. Tak ponownie przecięły się losy tych dwóch wybitnych postaci. Chirurg już wie kim była zamaskowana modelka.
On może wie, ale ja niestety pogubiłem się. Przyzwyczajony do twarzy na ekranie, odwykłem do słuchania w skupieniu. Słowo bez obrazu stało się dla mnie za trudne. Jak inni dawali sobie z tym radę?
- Kim była ta modelka? – spytałem Edwarda jak mogłem najciszej.
- No co ty, śpisz czy co? – obruszył się. – To żona chirurga, piękna Gerda!
Edward wiedział, inni też wiedzieli, tylko mnie jednemu wszystko się pomieszało. Niestety, dla mnie jednego nikt nie będzie opowiadał filmu od początku. A może by poprosić tę panią o spotkanie po seansie? Już do końca siedziałem zagubiony w intrydze, która komplikowała się coraz bardziej w miarę jak przybliżał się finał, z którego nic, rzecz jasna, nie zrozumiałem. Wszyscy wiedzieli, że nic nie rozumiem, więc siedziałem zawstydzony, podobnie zresztą jak Edward, który z kolei wstydził się za mnie. Lecz poza wstydem czułem sympatię do tych zagorzałych kinomanów. Zagorzałych, ale zarazem zmęczonych nawałem obrazów wylewających się z telewizorów, komputerów i wielkich ekranów kinowych. Pomyślałem, że mógłbym tym ludziom, tej upartej publiczności też coś opowiedzieć.
Kiedy kobieta skończyła swój stary film, wstałem i ku zdumieniu Edwarda zabrałem głos.
– Pozwolą państwo, że uzupełnię ten seans krótkim dodatkiem. Otóż niedawno byłem, drodzy państwo, w pewnej galerii. Na wernisażu. Chciałbym pokrótce opisać wystawiane tam obrazy.
I zacząłem opisywać słowem i gestem martwe natury, pejzaże i portrety, a nawet sale, w których te dzieła wisiały, światło którym były oświetlone, publiczność która je oglądała. Moja relacja spotkała się z życzliwym zainteresowaniem, wobec czego niejako na bis opowiedziałem o wystawie, którą widziałem za granicą. Tu jednakże pamięć mnie trochę zawodziła, więc musiałem nieco zmyślać, co natychmiast zostało dostrzeżone. Pierwsza podniosła się, skłoniła i wyszła pani w kapeluszu, po niej pożegnały nas dwie osoby bliźniacze, a za nimi kolejno wymykali się pozostali kinomani. Mój sukces mógłbym zatem uznać za połowiczny. Jeszcze parę minut i zostałem sam z Edwardem.
- Nie byli przygotowani na malarstwo – próbował pocieszyć mnie Edward. – Ludzie lubią z góry wiedzieć, na co przychodzą. Kiedy będą dostatecznie wcześnie uprzedzeni, to nawet film przyrodniczy będziesz mógł opowiedzieć. Bo w sumie nieźle ci to idzie. Tylko uważaj z dzikimi zwierzętami. Słowo to nie obraz – działa o wiele silniej. Przynajmniej na ludzi z wyobraźnią.
Wyszedłem z kina ostatni. Edward stał na ulicy i przyglądał się staremu kinu, jakby zobaczył je po raz pierwszy. Zapadał zmierzch, budynek pociemniał i taki pociemniały sprawiał wrażenie odnowionego. Na jego dachu, niczym jasny okrągły neon, przysiadł księżyc.
- Umiałbyś opisać ten zabytek? – szepnął Edward. – Trzeba będzie kiedyś o nim opowiedzieć. Sam widok, jak większość widoków, nic ludziom nie powie.