Postanowiliśmy pójść na odczyt. Prawie nikt już nie chodzi na prelekcje i uznaliśmy, że trzeba ratować ten zanikający rodzaj międzyludzkich kontaktów. Liczyłem też, że odczyt rozerwie Pawła, który od paru tygodni chodził smutny. Nikt nie powinien być smutny zbyt długo, bo to szkodzi zdrowiu, a poza tym jest zaraźliwe.
- Widzę same plecy – skarżył się Paweł. – Plecy domów, ludzi, przedmiotów. Wszystko odwraca się do mnie plecami. Mam kompleks pleców. Kiedy przeglądam się w lustrze, też widzę plecy. Tyły wszędzie są brzydkie. Piękno jest usytuowane od frontu.
- No kto by pomyślał – zdziwiłem się. – Ale są przecież jeszcze boki. Ciekawe, jakie są boki?
Tak sobie rozmawialiśmy idąc na tę prelekcję, na którą poza nami nikt nie szedł. Poza nami i prelegentem, rzecz jasna. Poznaliśmy go od razu, jeszcze na ulicy – po gestach, po krokach tak uważnych, jakby bał się spaść z katedry, po plecach to prostych to zgarbionych, po teczce trzymanej pod pachą blisko serca, jak największy skarb. Miał mówić o cywilizacji współczesnej, a właściwie o jej upadku. Nie wiedział jeszcze, biedak, że całe jego audytorium idzie tuż za nim.
- Po co iść dalej – marudził Paweł. – Można by usiąść na najbliższej ławce i powiedziałby nam co ma do powiedzenia. Może by się nawet ktoś przysiadł.
Czy po to zbudowano dom kultury z salą na trzysta miejsc, pomyślałem, żeby wyręczała go byle ławka? Ale Pawłowi niewarto było tego tłumaczyć. Dom kultury zbudowano u nas na wyrost, kultura miała do niego dorosnąć, niestety, stało się inaczej. Nie tylko nie dorosła, ale ustąpiła miejsca subkulturze. Na dobrą sprawę byłby to zatem dom subkultury, gdyby subkultura potrzebowała takiego domu. Ale nie potrzebowała.
Już mieliśmy niedaleko – prelegent, Paweł i ja. A zatem o cywilizacji ma mówić, a właściwie o jej upadku. Przygotowałem sobie kilka pytań na wypadek, gdyby nie wyczerpał tematu. Ostatecznie łatwiej wyczerpać temat pytaniem niż odpowiedzią. A Paweł wciąż był zmartwiony. Czego się martwisz, chłopie? Upadkiem cywilizacji? Nie takie jak nasza upadały. Muszą upaść jedne, aby mogły powstać następne. Ziemia nie wytrzyma zbyt wielu cywilizacji naraz, nie była na to obliczona.
Kiedy doszliśmy na miejsce, nawet słońce schowało się za chmurę. Dom czekał na nas okazały, obszerny, przeraźliwie pusty. Dozorca wskazał nam salę.
- Panowie na odczyt ? – wolał upewnić się prelegent
Posiedzieliśmy pięć minut w milczeniu, prawdopodobnie w nadziei, że ktoś jeszcze nadejdzie. Z pobliskiego osiedla dobiegał ryk telewizorów. Prelegent rozłożył papiery, ale wciąż jeszcze nie rozpoczynał prelekcji. Mierzył nas wzrokiem a my jego, mierzyliśmy się czas jakiś, aż Paweł zaraził go smutkiem.
- Zależy panom na tym odczycie ? – spytał wreszcie.
Pokiwaliśmy głowami.
- Nie wyjdziecie przed końcem?
Zaprzeczyliśmy.
- No dobrze.
I zaczął. Najpierw wolniutko i cicho, potem coraz szybciej i głośniej. Miał długi start, ale kiedy już się wzbił, to leciał równo i dosyć wysoko. Paweł patrzył wytężonym wzrokiem, jakby ledwie go już było widać. Główna teza, którą wznosił mozolnie i solidnie, jakby miała być fundamentem piramidy, brzmiała następująco: cywilizacje giną przez barbarzyńców. Z naszą będzie podobnie.
Gdzież ci barbarzyńcy, zaczęliśmy się zastanawiać. Przewidziawszy to, prelegent trzymał rzecz w zawieszeniu najdłużej jak się dało, po czym wyjaśnił sprawę jednym krótkim zdaniem:
- Nasza upadnie przez barbarzyńców, którzy są w nas samych. Barbarzyńca wyjdzie z każdego z nas. I z pana (wskazał na mnie), i z pana (wskazał na Pawła), i ze mnie (wskazał na siebie). Jeszcze nie wszyscy wiedzą, że kultura przegrała i jest w odwrocie, ale my trzej już wiemy.
My trzej. Zawsze lubiłem być w mniejszości, bo mniejszość częściej ma rację niż większość, co nota bene szalenie redukuje zalety demokracji, ale nie sądziłem, że kiedyś znajdę się w mniejszości tak absolutnej. Trzy osoby wobec milionowej a właściwie miliardowej większości! W tej chwili tylko przy nas był sekret barbarzyństwa. Uradowało nas to niezmiernie, Paweł zapomniawszy o smutku klepał się z radości po udach, słusznie czując, że nową myślą raduje się całe ciało, a nie tylko umysł.
Prelegent grzmiał i gestykulował, jakby miał przed sobą pełną salę a nie nas dwóch, porwanych co prawda jego elokwencją i tematem, ale przecież wciąż tylko dwóch. On jednak wiedział więcej niż my, jego słuchacze. Wiedział mianowicie, że jest nas nie dwóch, ale czterech!
Czy mam opowiadać z jakim zdumieniem patrzyłem, jak z Pawła wyszedł barbarzyńca i siadł obok? Czy mam mówić z jakim zdumieniem Paweł patrzył, jak ze mnie wyszedł barbarzyńca i siadł obok? Słońce i niewidoczne gwiazdy niech będą świadkami, że było tak jak mówię. Z prelegenta też wyszedł barbarzyńca i stanął obok.
Było nas na sali sześciu, w tym trzech troglodytów.
Jak wygląda współczesny barbarzyńca, przez którego zginie – już ginie – nasza cywilizacja? Ubrany jest modnie, a ostrzyżony u dobrego fryzjera, też oczywiście barbarzyńcy. Mówi poprawną polszczyzną, z lekka tylko zapadając na el tylnodziąsłowe. Udaje, że interesuje się wszystkim, ale w gruncie rzeczy interesuje go tylko to, co przynosi pieniądze (co łączy go z barbarzyńcą zachodnim, z czego jest bardzo dumny). Wyżej stawia źródło wiadomości niż jej treść. Fizycznie jest cherlawy, jego postawa ma wszystkie możliwe wady, ale wydarzenia sportowe śledzi na bieżąco. Picie i palenie są dla niego przejawem swobody. Kościół, sądzi, to domena polityki a nie duchowości, a już w żadnym wypadku moralności. Telewizja i magazyny kolorowe całkowicie zaspokajają jego potrzeby kulturalne. Lubi ogłuszać się muzyką rockową, co go rzekomo odmładza. Jego ulubiony temat to samochód. Gdyby nie karty, jego czas wolny byłby zbyt wolny. Podobnie jak karty traktuje kobiety, ale świadom kłopotów i niebezpieczeństw, do gry z kobietami przystępuje znacznie rzadziej. Z reguły ma nadwagę, nadciśnienie, wcześnie zaczyna łysieć. Za dowód wielkiego serca uważa posiadanie psa i rozczulanie się nad tym zwierzęciem. Zawsze na podorędziu ma pogardę, z ironią radzi sobie znacznie gorzej, bo za trudna. Zna wiele dowcipów, ale brak mu poczucia humoru. Jest zabobonny jak człowiek średniowiecza, chociaż niechętnie się do tego przyznaje. Wszystko co może, z ludźmi włącznie, traktuje instrumentalnie.
To jest, rzecz jasna, bardzo niepełny katalog właściwości współczesnego dzikusa, a nasz prelegent nawet połowy ich nie wymienił, uważając, być może zasadnie, że ważniejsza jest ilość barbarzyńców niż ich jakość. Nad tą ilością rozwiódł się ponad miarę, jeżeli można mówić o jakiejkolwiek mierze, kiedy w grę wchodzą miliardy.
Słuchaliśmy go uważnie – Paweł, ja, nasi barbarzyńcy oraz barbarzyńca, który wyszedł z prelegenta. Nie byliśmy jeszcze tłumem, daleko do tego, ale nawet taka grupka osób przyciąga następne. Weszła jakaś kobieta, usiadła, i ledwie zaczęła słuchać – już wyłoniła z siebie miło wyglądającą troglodytkę. Potem doszły jeszcze dwie osoby, pomnożone oczywiście przez dwie, tak że w sumie prelegent mógł mówić o niezłej frekwencji. Najbardziej jednak zaskoczył nas sympatycznie wyglądający jegomość, z którego wyszło, nie wiedzieć dlaczego, aż dwóch barbarzyńców!
W sumie było ich, świeżo wyłonionych, więcej niż nas, i oni też słuchali prelegenta pilniej niż my, bowiem z czasem zaczął się zwracać wyłącznie do nich, jakby nas w ogóle na sali nie było!
- Opanujecie, dzikusy, wszystko! – wołał w uniesieniu. – Niech się tylko jeden okopie w jakiejś dziedzinie – w polityce, w gospodarce, w oświacie, w religii, w nauce, w sztuce – a już robi miejsce dla następnych i następnych, aż powstanie legion! Jesteście jak rdza, a wszystko jest dla was metalem. Jesteście jak wicher powalający wszystko na drodze. Jesteście jak bagno, które pochłonie wszystko, co uda się powalić!
Dał się ponieść retoryce, mówca niewyżyty, a jego barbarzyńca potakiwał skwapliwie. Naszych rozpierała duma, to się czuło na sali, i nie mogło jej zrównoważyć ani nasze ciężkie milczenie, ani zażenowanie. Zresztą długo by im trzeba tłumaczyć czym jest zażenowanie, do nich przemawia tylko siła, a siły nam brak, bo cała poszła właśnie w nich, w barabarzyńców. Byli rdzą, wichrem, bagnem, byli morzem, pożogą, zagładą i końcem tego świata – aby mógł powstać następny.
Nagle Paweł podniósł rękę do góry.
- Jeszcze nie skończyłem! – wrzasnął prelegent. – Pytania będą, kiedy skończę.
Ale Paweł nie opuścił ręki. Trzymał ją uniesioną wysoko, a wszystkie spojrzenia zaraz do niej przylgnęły jak muchy do lepu. Patrzyli słuchacze, patrzyli barbarzyńcy, nawet sam Paweł wpatrywał się w nią ze zdziwieniem. Prelegent wprost nie mógł od niej oczu oderwać. Jego słowa powoli traciły na sile i źle trafiały do uszu, zdominowanych przez wzrok. W końcu zamilkł. Pozbierał papiery, długo je tasował, jakby to były karty, wreszcie zwrócił się do Pawła.
- Jakieś pytanie? Niech pyta.
- Kto będzie tworzyć nową cywilizację, kiedy nasza za ich sprawą upadnie? Chyba nie oni?
- A kto, duch święty? Ma się rozumieć, że oni! Coś jeszcze niejasnego?
Więcej pytań nie było. Słuchacze mieli dosyć tego, co usłyszeli, a w głowach barbarzyńców pytanie jako takie jeszcze nie powstało. Zaczęto zbierać się do odejścia. Pierwsi ulotnili się troglodyci – każdy wszedł w swojego człowieka i śladu po nich nie było. Tylko jeden się ociągał – ten, który wyszedł z prelegenta. Stał obok i patrzył na nas spode łba.
- Gdyby dać mu w łeb… – szepnął Paweł. – Byłoby o jednego mniej. – Nie można – powiedziałem. – Nie wiadomo, co by zostało z prelegenta. Poza tym co to pomoże? Nowa epoka i tak nadejdzie, lepiej z nią nie zadzierać.
Ale Pawła trudno przekonać, kiedy jest już do czegoś przekonany. Niewiele myśląc rzucił się z pięściami na barbarzyńcę. Przez chwilę trwała wymiana ciosów, po czym barbarzyńca wycofał się na swoje stałe miejsce i zniknął nam z oczu. Kiedy odchodziłem, Paweł zmagał się z prelegentem i wolno, ale wyraźnie przegrywał.