OGIEŃ

Ach, co za ogień! Roztańczony, czerwony, zachłanny… Stoimy hipnotycznie wpatrzeni, z duszą jak on płomienną, z ciałem co by pragnęło tańczyć równie swobodnie. Najpiękniejszy, najgwałtowniejszy z żywiołów!
Nie może zagasnąć, nakazano, pilnujcie żeby płonął wiecznie, jak wieczna jest nasza idea. Takich słów nie trzeba nam powtarzać. Nawet przysięgi składać się nie godzi. Wiemy, że pokolenia marzyły o takim ogniu, że wszystko co płonęło wcześniej, od czasów Prometeusza, nie było dostatecznie płomienne, ogniste, zbawienne, to był przedogień zaledwie. Dopiero nasz ogień jest tym, co naprawdę grzeje i poddaje się ludzkiej woli.
Siadamy więc kołem przy ognisku, dumni strażnicy płomienia, od którego blask pada na całą epokę obecną, tak wielką, że historia obejdzie się bez następnych. Jesteśmy na placu rozległym, z przodu piękny park z drzewami, z tyłu okazały pałac i zabudowania pałacowe. Sama stajnia wygląda jak dwór, a ptaszarnia jak dworek. Każdy z tych budynków ma swoje miejsce w historii architektury. Wszystko to należy do nas, czyli do wszystkich. Pogoda też jest po naszej stronie: w miarę burzliwa, w miarę spokojna – ogień ma tyle wiatru, ile mu potrzeba do wysokiego tańca.
Drwa mamy równo porąbane, osobno leżą szczapy, osobno polana, a na boku kłody czekające jeszcze na przepiłowanie. Wióry też są na podorędziu. Ludzie okoliczni przychodzą pojedynczo i gromadą patrzeć w nasz płomień i wzbogacać się energią, która siłę czerpie aż z kosmosu. Podsycamy ognisko, leje się żywica, drewno trzaska, dym idzie prosto do nieba, ludzie się radują. A my dumni, że nam przypadło to szczytne zadanie. Cudzoziemcy przychodzą, i nasi z różnych stron, nas oglądają i ogień, pytają o różne rzeczy dotyczące ognia, a my odpowiadamy. Czy to ogień rozpalający, czy wypalający, pytają myśląc, że sprawi nam to kłopot.
Spłonęły szczapy, przyszła kolej na polana. Zapas opału zmalał, lecz były jeszcze kłody czekające na przepiłowanie. Popioły ludzie biorą na pamiątkę, dajemy je każdemu, a wahających się przekonujemy, żeby brali. Mamy różne argumenty. Równo ma ogień płonąć, równo, dostaliśmy dyrektywę. Poszły kłody pod piłę, potem spłonęły wióry, a później gałęzie z drzew niżej rosnące. Ale gałęzią ogień się nie naje – same drzewa parkowe też idą pod topór. Kiep, kto nie rozumie konieczności. Kiep i wróg.
Strażnicy ognia, mówią o nas, i tytuł ten oczywiście wciąż nam się należy. Jesteśmy nadal palaczami, lecz coraz więcej czasu i energii pochłania nam troska o niezbędny opał. Okazało się, że na ludzi liczyć nie można – niemal nie zdarza się, żeby dobrowolnie przynosili coś do podsycenia ogniska. Nieco zmniejszyliśmy ogień, trochę opadł płomień, lecz i ten niższy wymaga wciąż nowego paliwa.
Park jest goły, bo nie tylko drzewa, ale ławki i krzesła musieliśmy złożyć w ofierze. Wszystkie pomyślnie przeszły próbę ognia. Właściwie parku już nie ma, jest pole pałacowe, ogrodzone nieprzydatnym niestety żelastwem. Ale są jeszcze zabudowania, a w nich sporo rzeczy palnych, a nawet łatwopalnych.
Meble to jest coś, co można odtworzyć w razie potrzeby, ale po co myśleć od razu o meblach. Są w stajniach żłoby, przegrody, stryszki, są w ptaszarni grzędy, żerdzie, koryta. Na dłuższy czas starczyło, zwłaszcza kiedy dodało się wiązania dachu, progi, drzwi i futryny. Płomień był z tego piękny, o najwyższej temperaturze, jakby sam z siebie zadowolony. Wszystkim się podobał. Prawie wszystkim. Ale i to się skończyło.
Nasze spojrzenia i myśli poszły w stronę pałacu. Stary, rzecz jasna, zabytek, oczywiście, ale czyż można się wahać między przeszłością a przyszłością? Na cóż czekać, kiedy nasz ogień słabnie a dym zaczyna lizać ziemię? Wszystko ma swoją cenę i są obszary, w których cena najwyższa jest ceną najlepszą. Po dojrzałym choć krótkim namyśle uznaliśmy wyższą konieczność, zwaną też mniejszym złem, bez którego nie byłoby przecież niczego, ani ładu, ani postępu, które z kolei też są konieczne.
Pałac stał trochę dalej i droga do ogniska nieco się wydłużyła. Za to pałac jest ogromny i starczy na długo. Zaczęliśmy od lewego, południowego skrzydła, przez wieki dobrze wygrzanego w słońcu, pozbawionego wilgoci, wręcz suchego. Były kłopoty z drzwiami, futrynami, potem z parkietem, aleśmy sobie poradzili. Meble odłożyliśmy na później. Ognisko rozgorzało piękniej niż kiedykolwiek, kadzidlana woń szlachetnego drewna rozeszła się szeroko, ale ludzie przyjeżdżali zatroskani i wyjeżdżali zatroskani. Zadziwiające jest to przywiązanie do zimnej przeszłości. Po parkietach i podłogach przyszła kolej na belki stropowe, wiązania dachu, wreszcie sam dach, którego było bardzo dużo i doskonale służył naszym celom. Zdobyte przy skrzydle południowym doświadczenia bardzo przydały się przy skrzydle północnym. Została część środkowa.
Nie myślcie, że było nam łatwo. Ale ogień, który dzięki naszym wysiłkom płonął, nas samych też podtrzymywał na duchu. Nie będziemy wdawać się w szczegóły – historia nie dba o szczegóły i zużywa ich tak dużo, że już dawno przestały być ważne. Tylko człowiek, szczegół wielce szczególny, nie daje się bez śladu spalić w jej tyglu.
Pałac bardzo dopomógł nam w dziele i spełnił swoją rolę do końca. Kiedy ogień, po pięknym okresie rozwitu, znowu zaczął przygasać, pomyśleliśmy o sobie. Ale cóż my – czyż kilka wychudzonych ciał może odmienić bieg rzeczy? Każdy ogień, okazuje się, kiedyś wygasa. Patrzyliśmy, śmiertełnie znużeni, jak stygną popioły. Zrobiło się mroczno i ciemno po naszym niepowodzeniu. Prawda była taka, że nie stać nas było na taki ogień. Na żaden ogień. I że nie był to ogień wyzwalający.
Kiedy tak siedzieliśmy po ciemku, na zachodnim niebie powstała ognista łuna. Znowu ktoś rozpalił ognisko! Zaraz też powiadomiono nas, że jest to zupełnie inny ogień, przeciwny naszemu – ogień wypalający. I że z całą pewnością nas nie oszczędzi.
Czy Prometeusz wiedział co robi? Nikt tego nie wie.