Zawsze lubiłem meble. Lubiłem je do tego stopnia, że brakowało mi ich towarzystwa, kiedy wychodziłem z domu. W mojej długowiecznej rodzinie meble zawsze były domownikami, i to żyjącymi najdłużej. Jedna z bezdzietnych ciotek, Eliza, tak je sobie upodobała, że otworzyła nawet sklep meblarski. Mimo że więcej skupowała niż sprzedawała, sklep ten przynosił jej znaczne dochody, tak że pod koniec życia uchodziła za osobę zamożną. Koniec ten ciągnął się nota bene latami, ciotka to młodniała, to osuwała się w starość, kilka razy przedwcześnie wzywała księdza, wreszcie wezwała notariusza i to był sygnał, że zaczęła poważnie myśleć o przyszłości. Miała wielu siostrzeńców, lecz tylko jednego w jej mniemaniu sensownego. Ja nim byłem i nie widziałem żadnego powodu, żeby wyprowadzać ją z błędu. Rezultat był taki, że zostałem głównym bohaterem testamentu ciotki Elizy.

Po sporządzeniu testamentu ciotka nagle odmłodniała i zaczęła przemyśliwać, po raz pierwszy w życiu, o zamążpójściu. W jej wieku jednak podobne myśli nie służą zdrowiu, nie mówiąc już o tym , że niepokoją rodzinę. Dolegliwości, dotąd potulne, rzuciły się na ciotkę Elizę ze zdwojoną siłą. W swych listach, a lubiła je pisać, zaczęła nagle narzekać na życie, a przy okazji dostało się i śmierci. Byt jest krótszy od niebytu, pisała, a powinno być odwrotnie. Potem zaczęły nadchodzić telegramy o jej odejściu, lecz nie daliśmy im wiary.  I słusznie. Dopiero trzeci nie mijał się z prawdą. Tak, chcąc nie chcąc, zostałem spadkobiercą.

W przypadku schedy po ciotce Elizie oznaczało to tylko jedno – meble. Na początku myślałem o nich, podobnie jak o samej ciotce, z czułością. Pierwsze otrzymałem już w cztery miesiące po smutnych obrzędach pożegnalnych, po których ciotka śniła mi się co noc, chociaż za życia widziałem ją nie więcej niż pięć razy.

Przed dom, gdzie zajmuję pokój z wnęką kuchenną, zajechał wysoki i szeroki wóz meblowy, długi jak lokomotywa, wyszli z niego ludzie i otworzyli z tyłu wielkie drzwi, właściwie bramę. Od razu powiedzieli, że wszystkiego nie dało się zabrać i obrócą jeszcze raz, a może dwa razy.

- Nie dało… – powiedziałem zaniepokojony.

- Niech pan będzie spokojny – powiedział szef ekipy – przywieziemy wszystko. Co do sztuki.

Na naszej spokojnej ulicy nie było jeszcze takiego wozu, nie mówiąc o takiej ilości mebli, więc z każdą chwilą przybywało gapiów, co mnie prawdę mówiąc nie dziwiło. Oczywiście nikt nie oczekiwał, że umeblowane zostaną wszystkie domy, ale nikt też nie wyobrażał sobie, aby wszystkie te meble mogły wejść do jednego. Panowało radosne podniecenie, które nie opuściło zebranych do końca.

Najpierw wniesiono szafę-praszafę, dębową, trzydrzwiową, z lustrem, co pamiętało jak wyglądał pradziadek. Szafa, można powiedzieć, historia. Można zginąć w takiej szafie. Potem przyszła kolej na kredens, mebel ponury za dnia, a wręcz straszny w nocy, gruby i przepaścisty, rzeźbiony jak ołtarz, przesiąknięty zapachami wielu epok i skrzypiący we wszystkich możliwych tonacjach. Po kredensie wniesiono stół na szesnaście osób, cóż z tego że po złożeniu był już tylko na osiem, skoro krzeseł, krzeseł wielkich jak konie, wysokich jak trony – i tak było szesnaście… Na ten widok moje skromne mebelki skupiły się w kącie, a składane łóżko samo się złożyło! Kiedy przeszła procesja krzeseł, pojawiła się konsolka, daleka krewna otomany, która właśnie spoczęła na ramionach tragarzy. Szli z tą otomaną poważni i skupieni, bez cienia wątpliwości, że i ona da się wepchnąć do mojego pokoju. Zastawiony meblami już jej nie widziałem, słyszałem tylko skrzypienie i jęk, jakby bolesny i tłumiony pluszem.

To nie było oczywiście wszystko. Ciotka Eliza miała pianino i ono też przyjechało. Wnoszono je długo i mozolnie, a potem jeszcze dłużej wpychano do pokoju. Może gdybym był w porę wyszedł, byłoby więcej miejsca, ale nie wyszedłem, a teraz było już za późno. Słyszałem tylko jak wnoszono kolejne meble. Zegar stojący, szafkowy, łatwo rozpoznawalny po biciu, wieszak, co prawda cichy, ale wysoki bardzo, górujący nad innymi meblami, wreszcie biurko, na którym ciotka pisała testament.

Zrobiło się ciemno, bo okno zastawiono bieliźniarką, ale był chyba jeszcze dzień, bo ciągle coś wnoszono. W końcu poprzez góry mebli usłyszałem trzaśnięcie drzwi, hen gdzieś w dole warkot odjeżdżającego samochodu, i ogarnęła mnie cisza. Stałem spokojnie przez parę godzin, lecz pod wieczór zgłodniałem i nieśmiało zacząłem wzywać pomocy. Tylko meble odpowiedziały – trzaskały i skrzypiały jak tylko one potrafią – lecz była to odpowiedź odmowna. Najwyraźniej nie zamierzały mnie wypuścić.

Nastała noc, pierwsza noc spadkobiercy. Blady księżyc odbijał się w politurze i rzucał nikłą poświatę na moje drewniane więzienie. Nie ulegało wątpliwości, że byłem bogaty, w każdym razie na pewno bogatszy niż za życia ciotki Elizy. Mogłaś jeszcze pożyć, ciociu Elizo. Dlaczegoś odeszła? Te twoje mebelki mogły ci jeszcze długo służyć… Mają długie życie te drewniane stwory. W przeciwieństwie do nas, nie boją się czasu. Boją się tylko ognia. Potrafią spać całymi latami i bez końca śnić jeden sen – o lesie. Nie ruszają się o własnych siłach i jest w tym wielka mądrość rzeczy. Nieruchomość to ich natura. A teraz i ja pozostaję bez ruchu. Mogę tylko myśleć i czuć. A one? Cóż wiemy o świadomości rzeczy? Że jest nieskończenie mała? Nawet to nie jest pewne. Bezkompromisowość istnienia – oto ich siła. Przy ich istnieniu moje wydaje mi się wiotkie i niepewne. I co by o nich nie powiedzieć – czuje się w nich rękę człowieka. Wyszły spod ręki rzemieślnika artysty, nie są tworem maszyny. Jest w nich myśl, trud i staranie człowieka. Może nawet jest w nich sam człowiek, z którym potrafiłbym się porozumieć? Tylko jak? Słowem? Gestem? Nie znam psychiki mebli, nigdy nie prowadziłem z nimi dialogu. I teraz żałuję.

Przejechał nocny tramwaj i dom jak zwykle odpowiedział mu drżeniem. Na wieży kościelnej zabrzęczał nie w porę dzwon. Noc rozciągnęła się jak ciemna rzeka – rzeka stojąca. Czy będzie jakieś rano? Gdyby można było usiąść… Niestety, miejsce miałem tylko stojące. Dokoła rozpierały się moje spadkowe meble. Stały, niektóre jakby siedziały, a były nawet leżące! W sumie miały chyba więcej ruchu niż ja -ściśnięty tak, że z trudem oddychałem. Na pewno miały więcej ruchu – i wygody. Po paru godzinach, w każdym razie było jeszcze ciemno, zaczęły drętwieć mi nogi. Najpierw jedna, potem druga, może nie tyle drętwieć, co drewnieć. Czułem jak twardnieją od stopy w górę, do kolana i wyżej. Czy moje ścięgna staną się włóknami, pomyślałem ze strachem. A moja skóra zamieni się w korę? To chyba niemożliwe! Ale mogę okryć się sklejką, ciemnym lub jasnym fornirem, nasiąknąć pokostem czy politurą. To jest bardzo realne.

Moje myśli uspokajały się i jedna po drugiej uchodziły gdzieś w głąb ciała. Powoli gasło poczucie niewygody. Ciało wytracało swoje potrzeby – nie chciało już pić ani jeść, nawet powietrze nie było mi specjalnie potrzebne. Próbowałem powiedzieć coś na głos, ale z gardła wydobył się jakiś suchy stukot, i to było wszystko. Nie było mi przyjemnie ani nieprzyjemnie, ani zimno ani ciepło, raczej twardo niż miękko, bardziej sztywno niż wiotko, a do mebli poczułem nagły przypływ sympatii. A noc wciąż trwała.

Czymże jest ciało w porównaniu z meblem, myślałem leniwie. Jest tak słabe i podatne na wszelkiego rodzaju uszkodzenia, że na dobrą sprawę powinno być stale opakowane. Zwłaszcza podczas transportu. Tylko meble mogą bezpiecznie pozwolić sobie na swoją wspaniałą nagość. Grozi im co najwyżej zakurzenie. Ale ja również już nie boję się kurzu. Niech spada, niech osiada – na twarzy, na ramionach, na włosach. Kurz domowy, ziemski i kosmiczny. Mam prawo do kurzu jak każdy mebel. Robi się szaro na zewnątrz, a może tylko we mnie.

Lekko wygięły się moje ręce i tak zastygły. Można na nich coś zawiesić. Obok stoi podobny wieszak, jest jednak, muszę przyznać, lepiej ode mnie pomyślany. Ma miejsce na parasol, a ja niczego takiego nie mam. Jest wyższy i bardziej funkcjonalny. Gdybym miał wybierać spośród nas dwóch, oczywiście wybrałbym jego. Ale nie pokazuje mi swojej wyższości. Skromny jest, a wobec mnie wręcz przyjazny. Czuję, że się polubimy. Przejeżdża pierwszy tramwaj. Nie słyszę go, nie potrzebuję już słyszeć, po prostu całym ciałem wyczuwam drżenie ulicy i domu. Wszyscy drżymy, to znaczy wszystkie drżymy. Zwrot „całym ciałem” to oczywiście przenośnia.

Ciało stało się szczęśliwie przedmiotem. A na początku było podobno słowem. Jakże daleka jest droga ku nieśmiertelności! Droga, na którą wszedłem szczęśliwym zrządzeniem losu. I niech mi nikt nie mówi, że przedmioty nie mają świadomości. Ja mam i wiem, że inne też mają. Być może mają także podświadomość i nadświadomość, ale to będę wiedział, kiedy się lepiej poznamy. Bo nie wątpię, że to nastąpi. Ostatecznie wszystkie należymy do jednej rodziny. One pochodzą z domu ciotki Elizy, a mnie z tym domem łączyły kiedyś więzy krwi.

Świt wolno wszedł do pokoju i rozświetlił całe meblowe bogactwo. Moje myślenie stawało się odczuwaniem. Ostatnie myśli skierowałem z wdzięcznością ku ciotce Elizie. Może i ona gdzieś tu stoi? Może Bóg mebli zabrał ją do siebie? Dzięki ci, moja droga. Sprawiłaś, że odtąd moje życie potoczy się inaczej. Czym się stanę? Nie wiem. Na razie jestem spadkiem.